Kiedy płaczą świerszcze - Charles Martin

Zdjęcie okładki stąd.
Rzadko płaczę podczas czytania. Naprawdę. Jeżeli już, to z reguły jest to jakaś większa seria, zdążyłam się już zżyć z bohaterami i autor serwuje naprawdę rozdzierającą scenę. Ale nigdy, nigdy nie zalewam się łzami jak głupia. Dlatego nie ukrywałam swojego zaskoczenia (ale jakże pozytywnego), gdy zalałam się rzewnymi łzami na... 10 stronie książki. I płakałam prawie cały czas do jej końca.
Kiedy płaczą świerszcze” jest historią o 7-letniej Annie, która ma piękne, ale bardzo chore serce, oraz doświadczonego przez życie Reese'a. Ich losy splatają się w jednej chwili, gdy mała Annie wpada pod ciężarówkę. Reese'owi udaję się utrzymać dziewczynę przy życiu do przyjazdu karetki i... nic już nie jest takie jak dawniej. Ten zbieg okoliczności sprawia, że musi on zmierzyć się ze swoją przeszłością, stanąć twarzą w twarz z życiem, które porzucił.
Było to jak piosenka, którą można usłyszeć tylko wtedy, gdy jej nie słuchasz, lub jak odległa gwiazda, którą można zobaczyć tylko pod warunkiem, że nie będziesz się na niej koncentrował, ale i wówczas tylko kątem oka.
Charles Martin od początku do końca pokazuje, czym jest magia pióra. Pomimo że jego opisy są bardzo dokładne (nauczyłam się jak pływać łodzią, oraz przypomniałam wszystkie informacje o sercu, a nawet nabyłam trochę nowej wiedzy), nie nudzi ani na moment. I musicie mi uwierzyć, bo mówi to osoba, która nienawidzi długich opisów, a nawet zdarza mi się je w książkach pomijać, gdy tylko zauważam, że nie wniosą nic nowego. Tu nie pominęłam nawet małego słówka. Autor hipnotyzuje od pierwszego do ostatniego zdania.
Serce człowieka jest wyjątkowe pod tym względem, że zaprojektowano je, by pompowało krew nieprzerwanie przez sto dwadzieścia lat bez jakiejkolwiek potrzeby przypominania mu, do czego zostało przeznaczone. Po prostu to robi. Podczas wszystkich moich lektur i studiów jedno stało się dla mnie oczywiste: jeżeli cokolwiek w tym wszechświecie nosi ślady Boskiej ręki, jest to ludzkie serce.
Zdjęcie okładki stąd.
Wszystko w tej książce jest starannie przemyślanie. Nie ma zbędnego dialogu, zbędnego opisu, zbędnej postaci. A nawet te, które pojawiają się na chwilę, są tak wyraziste, że ma się wrażenie prawdziwego obcowania z nimi. Czułam smak hamburgerów, które jadali co piątek (o tak uroczych nazwach jak transplantacja). Pomimo że w pokoju panował półmrok, ja dosłownie byłam nad jeziorem, czułam na sobie promienie słońca i słyszałam jak płaczą świerszcze. Mówiono mi, że mam lekkie pióro i talent, nie wiem, co więc posiada Charles Martin. Chyba Dar od Boga.
O brzasku cienie padają przed nami, wyciągając się, aby dosięgnąć nadchodzącego dnia. W południe stajemy na naszych cieniach, pochwyceni gdzieś między tym, co było, i tym, co będzie. O zmierzchu cienie padają za nami i zakrywają nasze ślady. Ci, którzy wybierają zmierzch, zazwyczaj mają coś do ukrycia.
Podobał mi się zabieg jaki zastosował Autor. Przeplatał rozdziały o przeszłości Reese'a z obecnymi wydarzeniami, ale w taki sposób, że łączyły się one w jedną spójną historię.
Żadna recenzja nie opisze tego, jaka ta książka jest naprawdę. To tak, jakby zobaczyć zapierający dech w piersiach krajobraz i spróbować uchwycić go na zdjęciach. Niby wszyscy widzą i się zachwycają, ale nie mają pojęcia, że zdjęcie ukazuje tylko jedną setną całego ogromu.
Dlatego nie polecam Wam tej książki. Każę Wam ją przeczytać. Powinna być na każdej liście Must Read.
I wiem, że to nie było moje ostatnie spotkanie z Charlesem Martinem.



Prześlij komentarz

0 Komentarze