Samochodowy komiks, czyli Szybcy i Wściekli 7

by - poniedziałek, kwietnia 20, 2015

Nie można nie mieć sentymentu do tej serii, gdy ogląda się ją od gimnazjum i przez tyle lat śledzi rozwój bohaterów. A jest to ciekawy proces, bo kto by pomyślał, po części pierwszej, że całość doczeka się siedmiu części i zostawi wyścigi samochodowe na dziesiątym planie, wspominając o nich od czasu do czasu. Bo tak wypada. Nie jest to jednak zła, czy przypadkowa droga.

Superbohaterowie bez super mocy

Całość serii poszła w klimaty bardzo Marvelowskie, tyle że jej bohaterowie nie posiadają nadprzyrodzonych mocy. Ale oglądając wszystkie części po kolei, bez wahania można powiedzieć, że zmieniają się, rozwijają i uczą na naszych oczach. Pamiętacie umiejętności Briana z pierwszej części? Zarzucano mu, że nie panuje nad samochodem, a w pierwszym wyścigu przegrzał silnik. Dziś skacze samochodem z samolotu i nie jest to dla niego większy problem. Ale na szczęście twórcy nie robią tego na poważne, puszczają wyraźne oko do widza, dają powód do śmiechu i czystej radości z oglądania. A chyba o to właśnie chodzi w kinie akcji. Mamy więc znaną paczkę bohaterów, którzy swoje ludzkie umiejętności wynieśli ponad ludzki poziom. I wbrew pozorom, bardzo im to pasuje. Niesamowicie silny Dom; Hobs, dla którego złamane kości to żadna przeszkoda; daleko skaczący Brian, czy Letty z niesamowitym wyczuciem czasu i miejsca.


Grawitacja? Jaka grawitacja?


Idąc dalej tym tropem, cały świat zbudowany jest właśnie na tej zasadzie. I logicznie się trzyma, bo seria od dawna zmierzała właśnie w mocno przerysowane kino akcji. Poszczególne sceny śmiało można by wrzucić do komiksu i tak właśnie oglądałam tę część. Jak komiksowe kadry. Pierwsza scena, otwierająca film, sprawiła, ze uniosłam brwi do góry, a z głowie zaświtała mi myśl: okej, to będzie TAKA konwencja. I po tej pierwszej scenie, która ewidentnie miała nas przygotować na takie, a nie inne przedstawienie akcji i świata, nie zwracałam uwagi na to, że auta potrafią latać, ludzie szybko biegać, a długa walka nikogo nie męczy. W dodatku mamy tam plejadę aktorów, od którzy od dawna są uważali, za czołowych przedstawicieli kina akcji. I są tu wszyscy. Razem. Równocześnie. I osadzenie ich w takim komiksowym klimacie gra świetnie i nic nie razi. No dobra. Prawie nic.

To może mądry cytacik?

Nie wiem, jak wyglądał proces pisania scenariusza, ale na nieszczęście, w zasięgu ręki scenarzysty leżała książka z cytatami na każdy dzień. I tak postała zbyt duża ilość dialogów, zapchanych ludowymi mądrościami, które nijak pasują do całej szalonej otoczki, jaką równocześnie dostajemy. Gdy tylko widziałam ten wyćwiczony ruch kamerą: zbliżenie na twarz któregoś z bohaterów, by mógł wygłosić jakąś mądrą kwestię, nóż mi się w kieszeni otwierał. I gdyby był to jeden cytat na cały dialog, to można by przymknąć na to oko, ale część z nich oparta była na przerzucaniu się mądrościami życiowymi. Co najmniej, jakby bohaterowie rozgrywali między sobą konkurs, kto zna więcej podniosłych tekstów. W dodatku na końcu nikt nie ogłosił wyników. Obok tych drętwych dialogów, przy których sami aktorzy grali jakby gorzej, pojawiały się też te lekkie, idealnie pasujące do całości. I tak skakaliśmy od bardzo słabych, po te dobre, nie mogąc znaleźć złotego środka. Co przez dwie godziny naprawdę potrafiło irytować.

Długo, długo, jeszcze dłużej

I to właśnie te melancholijne i mądre sceny strasznie dłużyły się w filmie. Jasne, że od czasu do czasu akcję trzeba spowolnić, by widz mógł trochę odetchnąć, ale nie przemawiało do mnie zupełnie uderzanie w wzruszające tony. Jedyne, które mnie poruszyło i było naprawdę dobrze i przemyślanie zrobione, to hołd dla Paula, który oddała mu cała ekipa filmowa. Reszta, była zbyt na siłę, zbyt podniosła, zbyt… nijaka. W moim odczuciu film byłby dużo lepszy i ciekawszy, gdyby po prostu te wątki pominąć, albo znacznie skrócić.
Jednak to sama fabuła rozczarowała mnie najbardziej. Bo pomimo tego, że dobrze się bawiłam, często śmiałam i nie żałowałam spędzonych w kinie dwóch godzin, to zaskoczył mnie dziwny brak fabuły, z którą mogłabym się utożsamić. We wcześniejszych częściach była większa sprawa, cel, który jasno jednoczył widza i bohaterów, który trzymał w napięciu. Tu nie poczułam tej jedności. Owszem, jasne było co i dlaczego się dzieje, ale było to dla mnie wzięte za bardzo z kosmosu. Nie przejmowałam się losem misji, bo nie przemawiała ona do mnie sama w sobie. Dobrze się bawiłam oglądając kolejne niemożliwe wyczyny i nadzwyczajną żywotność bohaterów, ale sam cel przy tym wszystkim był dla mnie nie istotny. Wręcz odnosiłam wrażenie, ze sami bohaterowie nie bardzo wiedzą, po co tak gonią i dlaczego rozwalają pół miasta.
Siódma część Szybkich i Wściekłych to sprawne kino akcji, z dużą dawką humoru i przymknięcia oka na realizm. Ale niestety jest filmem, który fabularnie nic nie wnosi, a pamiętany będzie nie dlatego, ze jest taki dobry, a dlatego, że jest ostatnim filmem Paula Walkera. A szkoda, bo kierunek jaki ta seria obrała jest naprawdę fajny, daje dużo radości i rozrywki. Tylko pomysłu jak go wykorzystać, jakoś brak.

Ps. Co myślicie o tej części i rozwiązaniach fabularnych?
Ps2. Podczas pisania zjadło mi jeden akapit. Ot tak. Nie ma to jak frustracja, że muszę go napisać raz jeszcze, gdy myślami jestem już przy następnym.
Ps3. A zmieniając temat… mamy tu kogoś, kto przeczytał Pieśni Lodu i Ognia? Czy tylko mi szczęka opadła na widok zmiany wątku Sansy, czy to może ja go tak źle pamiętam? Bo dałabym sobie rękę uciąć, że to szło zupełnie inaczej.



You May Also Like

0 komentarze