Taką fantastykę chcę czytać! [Droga Królów - Brandon Sanderson]

by - poniedziałek, lutego 29, 2016

Jakiś czas temu recenzowałam Wam Z Mgły Zrodzonego i jego kontynuacje. Zachwyciłam się tym, w jaki Sanderson kreuje świat, nie mogłam więc przegapić kontynuacji powyższej trylogii i przeczytałam na początku roku również Stop Prawa którego akcja rozgrywa się trzysta lat po wydarzeniach z powyższej trylogii. I choć Stop Prawa nie był tak dobry, jak Z mgły Zrodzony – zabrakło mu zagadki, której puzzle zbiera się w trakcie czytania – była to bardzo przyjemna lektura.

Ale wszyscy zgodnie powtarzali: Z mgły zrodzony podoba ci się tak bardzo, bo nie przeczytałaś jeszcze Drogi Królów. Więc, gdy w końcu dorwałam się do tej ogromnej lektury, byłam pewna nadziei i obaw. Nadziei, bo Sanderson jeszcze mnie nie zawiódł. Obaw, bo choć kocham grubaśne lektury, Droga Królów ma ponad 900 stron i jest dopiero… tomem pierwszym. A zderzyłam się już kiedyś z zachwalanym Eriksonem, który owszem, stworzył świat, który mnie zachwycił, ale równocześnie zanudził mnie opisami wszystkiego. Bałam się więc, że tu będzie podobnie. Na szczęśnie nie było. Pochłaniałam tę książkę strona za stroną, a gdy dotarłam do końca, poczułam rozczarowanie, że ta książka taka krótka i radość, że ma kontynuację.

Droga Królów ma taki rozmach, że mogę porównać ją tylko do Władcy Pierścieni oraz Pieśni Lodu i Ognia*. Ale porównanie to ma Wam tylko zarysować, jak wielki i skomplikowany świat stworzył Sanderson. Z całym ogromem religii, ras, polityki, miast, państw, tajemnic, historii – tej bliskiej, jak i całkowicie pradawnej. A my lądujemy w samym środku intrygi, której nie rozumiemy. Ale to nic. Bo nie rozumieją jej sami bohaterowie.
*Dla niewtajemniczonych: Pieśni Lodu i Ognia to Gra o tron. Przy czym, GoT to nazwa pierwszego tomu, z którego nazwę wziął cały serial.

Mówiłam to już przy Mad Maxie, ale nie cierpię, gdy ktoś na siłę tłumaczy mi świat, w jaki zostaję wrzucona. Nie ważne, czy w książce, filmie, czy serialu. Lubię poznawać go sama, poprzez rozmowy pomiędzy bohaterami, obserwując ich zachowanie. Lubię, gdy autor zmusza mnie do myślenia, do zbierania informacji o religiach, o nastrojach politycznych, gdy nie mówi mi zza ramienia: ten jest taki i taki, a tamto dzieje się dlatego. Gdy pozwala mi zobaczyć, co się dzieje, samej wyciągnąć wnioski i ocenić. Sanderson pokazał, że potrafi rozrzucić puzzle i sprawnie je poskładać już w Z Mgły Zrodzonym. Ale to, co zrobi w Archiwum Burzowego Światła, jest na tak wysokim poziomie, że większość pisarzy nie tylko nigdy do niego nie podskoczy, ale nawet nie widzi go z miejsca w którym stoi. To jest powieść skonstruowana tak misternie, że w głowie pojawia się tylko jedna myśl: chciałabym kiedyś umieć stworzyć coś tak doskonałego. Prawdziwego. Niepowtarzalnego. Ale zostawmy mnie. Wróćmy do Drogi Królów.

Przez ten zabieg, który tak kocham, Archiwum Burzowego Światła niekoniecznie będzie dobrą książką, dla tych, którzy mieli by zacząć przygodę z fantastyką. Bo choć w swoim gatunku jest perfekcyjna, tak dla początkującego czytelnika, nieprzyzwyczajonego do tego, że musi się nowego świata i zasad nim rządzących nauczyć, może przerosnąć. Bo Sanderson od razu wrzuca nas w świat pełen nowych nazw, ras zwierząt, ras ludzi, języków. Doskonałym przykładem są tu choćby Spreny – nikt nigdzie nie tłumaczy, czym one właściwie są. Poznajemy ich zachowania, akceptujemy ich obecność, z czasem zaczynamy rozumieć jaką funkcję pełnią, ale nikt nigdzie nam tego wprost nie tłumaczy. Dla miłośnika fantastyki taka książka jest jak wcześniejsze gwiazdka, choinka i prezenty w lutym. Dla początkującego czytelnika, nawał nazw, krain, rzeczy których nie rozumie, a które podawane są w sposób, jakby miał je rozumieć, może być zbyt przytłaczający.

Jak na tak wielką historię przystało, nie śledzimy poczynań jednego bohatera, a czwórki – choć przyznam, że sama doliczyłabym się większej ilości. Ale jest czworo bohaterów, których możemy nazwać głównymi, choć tak naprawdę każdy z nich ma bardzo różny nacisk na rozwój historii. Dla mnie najciekawszym bohaterem był Kaladin, którego można uznać za bohatera wiodącego w tym tomie, bo jego jedynego poznaliśmy najlepiej – nie tylko razem z jego obecnymi wydarzeniami, ale i przeszłością. Niecierpliwie wypatrywałam jego wątków, choć pozostałe były równie ciekawe i zajmujące, tak Kaladin przypadł mi do gustu najbardziej. Co zaskakujące, nie potrafiłabym wskazać postaci, która mnie nudziła. O ile w Pieśniach Lodu i Ognia, miałam bohaterów których uwielbiałam śledzić i takich, których perypetie czytałam na zasadzie przebrnij przez to jak najszybciej, tak Sanderson bardzo sprawnie uniknął tej pułapki.

W dodatku książka jest przepięknie ilustrowana. Od czasu do czasu możemy podejrzeć szkice niespotykanych stworzeń, czy mapy miast. Oczywiście nie zabrakło także dodatków w postaci map całego świata itp, które radują każdego zapalonego fantastę.
Co więcej, każda z postaci jest jakaś. Ma swój charakter, ma swoje motywy, które ją napędzają. Każda z nich ma przeszłość, czujemy to, nawet gdy niewiele się o niej w książce mówi. Każda z nich przeżyła coś, co sprowadziło ją do takiego, a nie innego sposobu myślenia i patrzenia na świat. I dotyczy to nie tylko bardziej i mniej głównych bohaterów (jak mówiłam, niby w opisie wymieniona jest czwórka, ale w rzeczywistości jest ich więcej), ale także tych, znajdujących się na dziesiątym planie i wspominanych raz na 100 stron. Aż nie chcę się uwierzyć, że jeden człowiek, mógł wymyślić tyle różnych mentalności. I tak, ja wiem, pisarze obserwują i przenoszą swoje obserwacje na grunt powieści, ale jednak czym innym jest stworzyć opowieść obyczajową, osadzoną w naszej kulturze i przenieść tam znane zachowania i myślenie, a czym innym stworzyć cały rozległy świat i wrzucić w niego tak różnorodne spostrzeżenia.

I choć nie będę ukrywać, że zdarzały się mniej ekscytujące momenty powieści (ale jak na 960 stron było ich zadziwiająco mało), to zaskoczyło mnie równocześnie to, jak niewiele rzeczy tak naprawdę się wydarzyło od początku do końca. Bo nasi bohaterowie wbrew pozorom nie gonili po całej krainie jak opętani, zajmowali się swoimi rzeczami i problemami w swojej najbliższej okolicy – a ta była zróżnicowana, bo przeskakujemy od dworzan i królewskiego towarzystwa, poprzez naukowe kręgi, do niewolników, a wszystko jest tak samo pasjonujące. Nie wiedziałam, że to w ogóle jest możliwe, napisać 960 stron w których nic się nie dzieje i równocześnie dzieje się tak dużo, że czyta się z zapartym tchem.

Sanderson zrobił też jeszcze jedną rzecz, którą bardzo cenię u wybitnych pisarzy fantastyki. Przemycił komentarze społeczne, a najbardziej widoczny jest ten, dotyczący rasizmu. Bo w Drodze Królów, o tym, jaką pozycję społeczną zajmujesz – uprzywilejowaną, czy nie – określa kolor oczu. Przyznam, że czułam się dziwnie, czytając, że takie osoby jak ja, o jasnych oczach, zajmują tak wysokie stanowiska, tylko z tego powodu. Czy uderzyłoby mnie to jeszcze bardziej, gdybym miała je ciemne? Nie wiem. Ale Sanderson w sposób mistrzowski skomentował, jak bezsensowne jest opieranie się tylko na kolorze, czy to skóry, czy oczu właśnie. I wielkie gratulacje należą mu się za to, że wybrał tak zwykły element, coś na co my nie zwracamy żadnej uwagi w naszym rzeczywistym świecie. Przez cały czas czytania, ciśnie się na usta, jak absurdalny jest to podział. Pozostaje mieć nadzieję, że czytelnicy Drogi Królów wyciągną z tego wnioski i zastanowią się, czy równie absurdalny nie jest podział na kolor skóry.

Równocześnie dostajemy całą gamę kulturowych konwenansów, jak to, że mężczyźni nie mogą czytać, bo to jest zajęcie kobiece, czy zasłanianie jednej ręki materiałem. Zachowania, które dla czytelnika nie żyjącego w tym świecie, są zaskakujące i irracjonalne, ale do których szybko się przyzwyczaja. Nie uciekamy też od komentarzy religijnych, jak np. o mieszaniu się religii z państwem, czy o celowość prowadzenia wojen. Sanderson zebrał wszystkie bolączki naszego współczesnego świata, wrzucił je do swojego wymyślonego i nie podał żadnej odpowiedzi. Pokazał doskonale znane nam schematy, odesłał do kąta i kazał się zastanowić. Zadziwiające, jak wiele rzeczy okazuje się bezsensownymi działaniami, gdy zobaczy się je z zupełnie innej perspektywy.

Historia na początku wydaje się porozrzucana, nieskładna, bohaterowie zdają się zajmować tak odległymi rzeczami i problemami, że wydaje się wręcz niemożliwe, by kiedyś połączyć to w jedno. Sanderson nie tylko łączy to w zgrabną całość, sprawiając, że ostatnie 200 stron czyta się dosłownie na jednym wdechu i nie robi przerwy nawet na jedzenie. Funduje nam taki finał, że jeżeli ktoś przewidział taki rozwój wydarzeń i taką odpowiedź, czapki z głów. Naprawdę.

Droga Królów otwiera cykl Archiwum Burzowego Światła i jest to cykl, którego poszukuje każdy miłośnik fantastyki. I choć zawsze będę powtarzała, że doceniam Tolkiena i Władcę Pierścieni, tak jego świat był zawsze dla mnie zbyt czarno-biały. Sanderson nie tylko nie funduje nam świata, gdzie mamy jasno wyróżnione dobro i zło – ciężko zresztą stwierdzić, czy w całej tej rozgrywce akurat stoimy po jasnej stronie mocy – ale oferuje całą paletę barw. Od różnorodnych państw i świata tak odległego, że sami bohaterowie nie pojmują go w całości i nie znają każdego państwa, po samych bohaterów, którzy na pewno gdzieś istnieją, bo to nie jest możliwe, by ktoś tak rzeczywisty, mógł funkcjonować tylko na kartach powieści.

Zamknęłam tę książką z ciężkim sercem i poczuciem, że kompletnie nie wiem co z sobą zrobić. Wiem, że czeka na mnie jeszcze część druga, a część trzecia ma się podobno ukazać w tym roku. Na kolejne będzie trzeba poczekać (choć może nie będzie tak źle, bo ostatnia, piąta podobno planowana jest na 2020 rok. [Okazało się, że części ma być dziesięć, a nie pięć, yay!]). Ale uczucie, że nie mam pod ręką niczego, co jest równie dobre, jest obecnie przytłaczająca. Na szczęście jestem na początku przygody w tym niesamowitym świecie i czeka mnie jeszcze dużo wspaniałej zabawy.


I zastanawiam się tylko, dlaczego jeszcze nie pobiegliście kupić Drogi Królów?

You May Also Like

0 komentarze