Czasem nie mam siły udawać

Chcę pozwolić życiu przepłynąć obok, otulić się szczelnie kocem, zniknąć w moim małym kokonie bezpieczeństwa i zagłuszać tę cholerną pust...

Chcę pozwolić życiu przepłynąć obok, otulić się szczelnie kocem, zniknąć w moim małym kokonie bezpieczeństwa i zagłuszać tę cholerną pustkę, która sprawia, że wszystko dookoła jest bezsensowne. Są całe miesiące, w których jest zwyczajnie dobrze. Gdy wydaje mi się, że rozpracowałam to co minęło, że pogodziłam się z przeszłością, mogę iść na przód i żyć swoim życiem. A potem przychodzą kolejne długie miesiące, w których jest tylko ciemność. I to pieczenie w gardle, które powstaje gdy próbuje się zdusić szloch. I to powtarzanie sobie, że po kilku latach powinno boleć jakby mniej. Że nie powinnam już myśleć, że to była jedyna osoba, z którą byłam szczęśliwa, że jeszcze będzie taka kolejna. Wystarczy poczekać, żyć, robić swoje.

A potem przypominam sobie jego zawadiacki uśmiech, głos. Trafiam na coś, co mi go przypomina. Dzieje się coś, co chciałabym mu opowiedzieć.

Albo zwyczajnie nienawidzę go za to, że nie żyje.

Staram się pisać tylko o rzeczach miłych, dobrych i puszystych. Albo takich dużych i ważnych. Staram się pisać treści, które niosą za sobą jakąś rozrywkę, poradę, przemyślenie. Ale zwyczajnie nie mam siły udawać, że wszystko jest dobrze i pisać kolejnej recenzji, gdy wszystko w mojej głowie krzyczy. Niewiele pomaga. Znam sposoby na zagłuszenie tego uczucia, ale zagłuszanie nie sprawia, że odchodzi. Czasem uda się odgonić je na dłużej. Na kilka dni. Czasem na całe miesiące. Innym razem nie odchodzi nawet na pół godziny.

Więc się zmuszam. Zmuszam się do wyjazdów, do spotykania ze znajomymi, staram się sprawiać, żeby coś w życiu się działo. Bo inaczej zwariuję. Bo gdy tego nie robię, odkrywam, że mi zwyczajnie na niczym nie zależy.

Bywa, że muszę nagle odejść od biurka w środku dnia, zamknąć się w łazience i oddychać głęboko. Bo to nie jest pora i czas, by pozwolić by rozgoryczenie, wściekłość, żal, przerażenie i smutek, tak wielki, że aż boli. Ale pozwalam sobie na ataki paniki. W łazience, w wannie z gorącą wodą. Gdy jest ciemno w pokoju i leżę zwinięta pod kołdrą. Wtedy mogę bezgłośnie wykrzyczeć światu, jak bardzo go nienawidzę.

A potem rano dzwoni budzik. Wstaję jak co dzień. Idę do pracy. Wracam z pracy. Piszę, oglądam, czytam. Nie myślę. Robię wszystko, by za dużo nie myśleć.

A potem zapada noc.

Nie każda jest zła.


Tylko większość jest tragicznych. 

Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze