Birdman, czyli film, którego nie da się zrecenzować

Mam duży problem z Birdmanem. Bo jedyną sensowną rzecz, jaką umiem o nim napisać to: NIE CZYTAJCIE TEJ RECENZJI, IDŹCIE DO KINA. Ale skor...

Mam duży problem z Birdmanem. Bo jedyną sensowną rzecz, jaką umiem o nim napisać to: NIE CZYTAJCIE TEJ RECENZJI, IDŹCIE DO KINA. Ale skoro już chcecie coś na jego temat przeczytać, to postaram się jakoś ubrać swoje myśli w słowa, choć wyjątkowo nie będzie to łatwe.

Zacznijmy od tego, co najbardziej rzuca się w oczy. Wizualnie ten film to majstersztyk i jedno wielkie ujęcie. Jeżeli wydaje się Wam, że znajdziecie miejsca, gdzie są cięcia, to jesteście w ogromnym błędzie. Sama naliczyłam trzy prawdopodobne miejsca. Trzy. Podczas dwugodzinnego filmu. Naprawdę wygląda to tak, jakby cała ekipa miała masę prób, a następnie spotkali się na dwie godziny, z całym sprzętem, i nakręcili film. Kamera przechodzi płynnie od bohatera do bohatera, niejednokrotnie zaglądając mu znad ramienia, dając poczucie, jakbyśmy byli tam na miejscu, ukryci pod peleryną niewidką, plątający się po teatrze i podglądający pracę aktorów. Nie powinno więc nikogo dziwić, że wczoraj wieczorem to właśnie Birdman zgarnął BAFTĘ za najlepsze zdjęcia. Osobiście liczę na jakiś porządny Making Of, albo komentarz reżyserski, gdzie będę mogła poznać ten największy sekret filmu.


Sama scenografia również jest zachwycająca. Niby wszędzie panuje nieład, korytarze teatru też nie są cudowne i marmurowe, tylko stare, tworząc swego rodzaju labirynt. Labirynt, w którym nie odnajdziemy się do końca filmu, a i sami bohaterowie wydają się w nim zagubieni. Jest on doskonałym uzupełnieniem historii, bo wbrew pozorom ciężko jest napisać o czym opowiada Birdman. Wszędzie znajdziecie opis, że jest to historia Riggana Thomsona, zapomnianego aktora, który w latach 90 wcielał się w kultowego Birdmana, a teraz próbuje odbudować swoją karierę, wystawiając sztukę na Broadway'u. Tylko, że ten film wcale nie jest o tym. To jest tylko oś, wokół której kręcą się wydarzenia i historie bohaterów. Problem z Birdmanem jest taki, że dla każdego z nas opowie trochę inną historię. Dla jednych będzie właśnie dziwnym filmem o próbie zrobienia sztuki. Dla innych będzie filmem o miłości, akceptacji. Dla jeszcze innych, będzie to film o próbie nadania sensu swojemu życiu, byciu zapamiętanym. Albo będzie tym wszystkim na raz. Albo jeszcze czymś innym. Dla mnie stał się natychmiast filmem bardzo osobistym, uderzającym w sprawy, o których rzadko mówię, ale zdecydowanie za często myślę. Jest to jeden z tych filmów, przy którym jestem pewna, że jego odbiór będzie się zmieniał wraz z wiekiem. Że za parę lat wyciągnę z niego masę innych rzeczy i innych przemyśleń, niż teraz.
Co najdziwniejsze, Birdman jest sytuowany jako dramat/komedia i często nominowany właśnie w kategorii filmu komediowego. A ja nie znalazłam w nim powodu do śmiechu.


Ujęcia są cudowne, historia niejednoznaczna, a aktorzy? Najlepsi z najlepszych. Film kręcony był na kilku/kilkunastominutowych ujęciach, więc zła, lub nierówna obsada aktorska szybko by poległa. Ale Alejandro González Iñárritu doskonale wiedział, kogo należy w filmie obsadzić. Michael Keaton, grający głównego bohatera, wyprawia takie rzeczy i tak gra na emocjach, że mam ochotę obdarować go wianuszkiem nagród z całego świata. Ale przecież w niczym nie ustępowali mu pozostali: Zach Galifianakis, który udowadnia swoją wszechstronność i podobno popełnił najmniej błędów podczas kręcenia scen; Edward Norton doskonale sprawdzający się w roli ekscentrycznego aktora, który żyć umie tylko będąc na scenie; Emma Stone, grająca córkę Riggana, specyficzną postać, zmagającą się z karierą ojca, swoim zagubieniem i problemami. Nie sposób wymieniać wszystkich, bo zrobił by się tu spis doskonałych nazwisk, ale wierzcie mi, wszyscy doskonale wiedzieli jak mają grać, by z jednej strony wypadać realistycznie, a z drugiej... lekko przerysowywać swoich bohaterów. Bo każdy z nich, jest delikatną karykaturą, ale równocześnie brak w tym naśmiewania się ze swoich bohaterów, czy usilnego puszczania oka do widza.
Przeczytałam ten fragment jeszcze raz i ja wiem, że to brzmi on: graja naturalnie, a jednocześnie pozwalają, by ich postacie stały się karykaturą samych siebie. Ale, cholera, naprawdę tak jest.

Kolejna cudowna rzecz, to ta, że nasi aktorzy, grając aktorów, musieli grać, że grają. Taka... aktorocepcja. Daje to świetny efekt, bo są sceny, w których przez dłuższą chwilę nie wiemy, czy oni są właśnie w środku próby, czy może ta rozmowa toczy się naprawdę. To co mówi Mike (Edward Norton), to są jego słowa, czy może tekst sztuki? W którym momencie improwizują na scenie, a w którym grają tak, jak być powinno? Sprawia to, że ogląda się ten film z ciągłą uwagą, nie odrywając oczu ani na chwilę, bo każda przegapiona linijka tekstu, może sprawić, że cały sens sceny zniknie.


Birdman jest filmem, do którego będę regularnie wracać i z pewnością, odkrywać go na nowo. I Wam też to polecam. Naprawdę, nie zwracajcie uwagi na ten wpis, bo tego filmu nie da się opisać. Można go tylko polecić. Więc idźcie, oglądajcie. Pozwólcie pochłonąć się przez świat gry, metafor i niedopowiedzeń. I dajcie się okłamać, że nakręcili to na jednym, długim ujęciu.

Ps. Ida zdobyła wczoraj nagrodę BAFTA za najlepszy film nieanglojęzyczny. Walka o Oscara z Lewiatanem będzie zaciekła.


Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze