Dwa tygodnie* w Białym Domu, czyli trzeci sezon House of Cards

Kiedy rok temu przeżywaliśmy objęcie przez Franka prezydentury ( do tej pory jestem pod wrażeniem tego, jak ją zdobył. To jest definicja ...

Kiedy rok temu przeżywaliśmy objęcie przez Franka prezydentury (do tej pory jestem pod wrażeniem tego, jak ją zdobył. To jest definicja dyplomacji. Kopnij kogoś w tyłek, ale tak, żeby ci jeszcze za to podziękował), zastanawialiśmy się zgodnie: i co teraz? Frank zdobył władzę, rządzi imperium. Jaki smak będzie miało to zwycięstwo? Gorzki? Słodki? A przede wszystkim, jak ktoś taki jak on, idący po trupach do celu (i to nie tych z przysłowia), może rządzić sprawiedliwie i rozsądnie krajem?

Zanim Wasz wzrok przeskoczy dalej, muszę Was ostrzec: wpis zawiera spoilery, masę spoilerów. Wiem, że większość z Was jest już dawno po seansie, część obejrzała wszystko na raz, część – tak jak ja – dawkowała przyjemność, ale pewnie są i tacy, którzy jeszcze nie mieli okazji obejrzeć wszystkiego. Jesteście ostrzeżeni, możemy przejść dalej.

Polityka i dyplomacja na najwyższych szczeblach

Jako osoba, która do polityki podchodzi bardzo ostrożnie, a nawet stara się w nią zbytnio nie mieszać, bo to dziedzina niepotrzebnie podnosząca ciśnienie, uwielbiam seriale, książki i filmy polityczne. Taka ciężka do zrozumienia przypadłość. House of Cards sprawia mi tym większą frajdę, że przedstawia zupełnie mi obcy system polityczny, zmusza więc do nieustającej koncentracji i myślenia. Serial wymagał tego już w poprzednich sezonach, gdy obserwowaliśmy działanie kongresu, a w trzecim uwydatnił politykę jeszcze bardziej. Nasi bohaterowie wchodzą do świata, w którym podjęte decyzje nie mają już odbicia w sferze lokalnej, a przychylności nie można sobie, tak po prostu, kupić obietnicą odpowiedniego stanowiska.

Szczególnie spodobał mi się zabieg, którym twórcy pokazują obecny stan rzeczy w polityce międzynarodowej (oczywiście obecny podczas kręcenia serialu), bez komentowania go. Widzimy więc przywódcę Rosji – prezydenta Petrova, śledzimy jego działania, poznajemy pobudki, ale znikąd nie ma komentarza, czy jest to dobre czy złe. Frank oczywiście nie popiera zagrywek Petrova, godzą bowiem w interesy Ameryki, a może szczególnie samego Franka, ale serial na tym poprzestaje. Moment samobójstwa przetrzymywanego w Rosji Amerykanina walczącego o prawa homoseksualistów mógłby być jawnym oświadczeniem na temat tego, co producenci myślą o polityce rosyjskiej w tej kwestii. Mógłby być, gdyby nie wcześniejsza scena, w której Petrov tłumaczy Frankowi, dlaczego prawo w Rosji jest takie, a nie inne i czym różni się rządzenie Rosją od rządzenia Ameryką. Nawet pojawienie się członkiń zespołu Pussy Riot, które otwarcie mówią, co myślą o Rosji i jej prezydencie niszcząc przy tym na chwilę kolację, zostaje pozostawione bez komentarza – posiłek trwa dalej, wszyscy udają, że nic się nie stało, gra polityczna musi trwać! Pomimo tego, że Claire każe Frankowi uważać, nazywając Petrova inteligentnym bandytą, to nam, widzom, pozostawiony jest osąd sytuacji.


Wbrew pozorom twórcy nie uciekli jednak od polityki lokalnej. Oprócz podglądania decyzji o tym, czy ostrzelać miejsce ukrycia terrorystów czy nie, obserwujemy także malejące poparcie dla Franka. Underwood bowiem nie został wybrany przez naród, niejako odziedziczył fotel prezydencki, a teraz musi udowodnić, że na niego zasługuje. Jest to o tyle trudne, że Amerykanie nie widzą najmniejszego powodu, by popierać kogoś, kto jest tam tylko chwilowo, na zastępstwo. Frank zupełnie inaczej to sobie wyobrażał.

Trzeci sezon pokazał również, jak bardzo różni się dyplomacja od polityki, choć mogłoby się wydawać, że stanowią jedność. ONZ, którego ambasadorką, wbrew wszystkim, staje się Claire, stoi często przeciwko Frankowi i choć ich cele niejednokrotnie są zbieżne, to już sposób ich osiągania diametralnie się różni. Scena, w której Frank mówi Claire, że jej dyplomacja na nic się nie zdała i teraz on podejmuje takie kroki, jakie uważa za słuszne, była wystarczająco wymowna. Serial wyraźnie obrazuje, że dla polityka nie liczy się to, jakie działania będzie musiał obrać, liczy się tylko to, czy będą one skuteczne. Claire staje na rozdrożu między swoim mężem a tym, co uważa za słuszne.

Gdy władza dochodzi do głosu, ludzie przestają się liczyć

W trzecim sezonie po raz pierwszy widzimy Franka przypartego do muru, popełniającego błędy. Widzimy, jak gardzi każdą – nawet najlepszą – radą, byleby zostać przy swoim, pokazać, że to on tu rządzi. Widzimy, jak osoby, które jeszcze nie tak dawno skoczyłyby za nim w ogień dziś same go w niego popychają. Frank całkowicie zapomniał, że nie może pozostać sam, nie może się od wszystkich odwrócić, bo to inni pracują na to, żeby był tam, gdzie jest. Nie jest zaskoczeniem to, jak gardzi ludźmi, zawsze to robił, teraz jednak zapomniał, że pogarda ta powinna być głęboko ukryta. Zaczął od Douga, o którego owszem, może i się martwił, ale jednocześnie odstawił na bok, gdy tylko stał się nieporadny i zbędny. Zapomniał, że to właśnie Doug jest w stanie zrobić dla niego wszystko - głównie przez to, że są dokładnie tacy sami. W tym sezonie Doug potwierdził, że wspomniane przeze mnie wcześniej „wszystko”, to nie jest pusta metafora. Myślę jednak, że Frank jeszcze się na nim przejedzie, a Doug wrócił na swoje stanowisko z odpowiednim planem i nie mogę się już  doczekać, by zobaczyć z jakim!

Frank wystawia do wiatru wszystkich po kolei, jak choćby Jackie, która zgodziła się być jego rottweilerem. Scena debaty, w czasie której Frank nagle odwraca się przeciwko niej, a  zarówno sama bohaterka, jak i my nagle rozumiemy, że planował to od samego początku. To wszystko sprawiło, że po raz pierwszy miałam ochotę podejść i z całej siły uderzyć go w twarz. Może mnie sobie wprowadzać w brudne gierki, ale na Bloga!, nie topi się swoich własnych ludzi. Po raz pierwszy także ucieszyłam się z jego porażki, jak choćby wtedy, gdy Jackie postanowiła się od niego odwrócić.


Największą przegraną jest tu jednak Claire Underwood - zawsze wspierająca męża, robiąca dla niego wszystko, wracająca jak bumerang, choć boleśnie świadoma, że szczęśliwsza byłaby gdzie indziej. Charakterologicznie jest jednak bardzo podobna do Franka, ma zbyt duże aspiracje, by odpuścić. Czujemy więc jej ból, gdy najpierw Frank odkłada jej nominację na dyplomatkę ONZ oraz rozgoryczenie, gdy, ot tak, ją odwołuje, bo wymagały tego jego plany. I choć Frank w tych momentach jest widocznie rozdarty, to jednak zbyt często stawia na samego siebie, jakby w tym związku tylko on się liczył. Może Claire trwałaby przy nim dalej, może brnęłaby w to głębiej, gdyby nie pisarz.

Tom Yates ma napisać powieść o American Workers, ambitnym programie Franka. Zamiast tego bacznie obserwuje małżeństwo Underwoodów, spisuje wszystko i... otwiera Claire oczy. Może oni wcale nie są zgraną drużyną? Może to, że nie mogą bez siebie żyć i funkcjonować wcale nie znaczy, że wszystko działa tak, jak powinno? I choć obserwowaliśmy od początku sezonu, jak ich małżeństwo przechodzi coraz większy kryzys, to właśnie ten rozdział sprawił, że Claire przejrzała na oczy, a Frank z wielkim ego i  ślepym zapatrzeniem na swój wielki, życiowy cel sam jej w tym pomógł, krzycząc, że bez niego byłaby nikim.

Domek z kart

Powoli wszystkie elementy układanki wskakują na miejsce, choć jeszcze trudno spekulować, jak wszystko się skończy. To już nie delikatny podmuch, który poruszył domkiem z kart, a zabranie jednej karty z samego domu i oglądanie, jak wszystko zaczyna się sypać.

Zakończenie sezonu nikogo nie zaskoczyło, bo od samego początku budowano pod nie fundamenty. Ja sama obstawiałam dwie wersje: albo tą, która się wydarzyła, czyli odejście Claire albo jej samobójstwo. Przyznam, że o ile ta druga wersja byłaby bardziej spektakularna, to jednak cieszy mnie, że twórcy nie poszli w tę stronę.
Kampania Franka właśnie legła w gruzach. Żona, która mogła wszystkich do niego przekonać, która od miesięcy wmawia Amerykanom jaki on jest dobry, nagle odchodzi. Na ostatniej prostej.

Ten sezon zmienił bardzo dużo, nie tylko u jego bohaterów, ale i u mnie. Sprawił, że nagle moja chęć wspierania Franka zmalała. Pod koniec kibicowałam Claire i choć nie wiem, co twórcy wymyślą w czwartym sezonie, to wiadomym jest, że zacznę go oglądać będąc już w zupełnie innym obozie.


Ps. Jak Wasze wrażenia po HoC? Trzeci sezon był lepszy czy gorszy od pozostałych?
Ps2. Czy dotarły do mnie prawdziwe informacje i Sherlock jest przełożony na 2017 rok? Liczę na to, że jednak ktoś mi to zdementuje...


*te tytułowe dwa tygodnie to oczywiście czas, jaki poświęciłam na oglądanie serialu, a nie czas trwania fabuły.



Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze