To nie ci dobrzy bohaterowie są najciekawsi

Jest coś takiego w negatywnych postaciach, że są dla nas fascynujące. Twórcy tworzą nam pięknych pozytywnych bohaterów, z dobrymi motywac...

Jest coś takiego w negatywnych postaciach, że są dla nas fascynujące. Twórcy tworzą nam pięknych pozytywnych bohaterów, z dobrymi motywacjami, czystym sercem, a my tłumnie kibicujemy temu złemu. Niech koronnym przykładem będzie antagonista Loki, który ma swoją wierną armię fanek. Niech będzie to Hannibal, który fascynuje nas od lat. Niech w końcu będzie to Klaus, który podbił serca widzów wyrywając (o ironio) serca swoich prawdziwych i urojonych wrogów. Albo niech będzie to Bellamy, który na dzień dobry był największym bucem i draniem w okolicy.

Mogłabym zrzucić to na aktorów, tak bezczelnie dobranych do swoich ról, że aż kolana uginają się same, a w głowie pojawiają się myśli równie niecne, co obiekty westchnień. I choć z pewnością nie jest to zupełnie obojętne, jestem przekonana, że nie jest to czynnik decydujący. Bo nie zaprzeczam, że przyjemnie jest patrzeć na uśmiechającego się krzywo i bezczelnie Richarda Armitage (który jest jedynym powodem oglądania Robin Hooda), tak przecież nie można odmówić urody Paulowi Wesley’owi, który grał tego dobrego wampira w Pamiętnikach. I jego wygląd nic Stephanowi nie pomógł. Pomógł za to wątek pokazujący, że jest wampirem abstynentem, nie ze szlachetnych pobudek, ale dlatego, że zwyczajnie jak już zacznie, tak nie przestaje. I wypija hurtowo całą wieś. Więc nie, sam wygląd to nie wszystko.

Przede wszystkim bardziej fascynują nas antagoniści i antybohaterowie, niż typowy czarny charakter. Bo wiecie, w typowych czarnych bohaterów najczęściej bawi się Marvel. I narzekamy, że nie umie ich pisać. Tyle że to co robi, to jest dokładnie tworzenie czarnego charakteru, który jest jednowymiarowy, zaślepiony w swoich działaniach, nawet gdy nie mają większego sensu. To antagoniści, jak np. Loki, tak nas fascynują. Albo antybohaterowie, jak Sherlock. Bo tak, Sherlock jest antybohaterem, choć przecież antybohater kojarzy się nam z tymi bezwzględnie złymi. Ale czy Sherlockiem wiodą jakieś wyższe pobudki? Sprawy, które rozwiązuje, rozwiązuje bo się nudzi. Cieszy się na wieść o morderstwach, a do ludzi podchodzi z wyższością. Ewoluuje, jest przez popkulturę ciągle reinterpretowany, ale przecież nigdy to nie był bohater dobry i nieskazitelny. Czym więc się różni antybohater od antagonisty?

Wbrew temu, jak bardzo pozytywnie o Sherlocku myślimy, nie jest on pozytywnym bohaterem.
Przyznam, że linia jest cienka, a bohaterowie niejednokrotnie przełażą z jednej strony na drugą. Antybohater to osoba, która ma swoje własne pobudki, racje. I co ważne, jesteśmy wstanie je zrozumieć. W przeciwieństwie do czarnego charakteru, który jest po prostu zły, antybohater nie jest zły do szpiku kości i napędzony nienawiścią. Oprócz swoich działań i powodów, dla których je robi (z którymi nie musimy się zgadzać) ma także zestaw cech i doświadczeń, które jesteśmy wstanie zrozumieć. Jak np. doskonale wiemy, że Sherlock troszczy się o Johna, choć robi to w specyficzny sposób, ale rozumiemy skąd bierze się takie zachowanie. Możemy nie akceptować tego jak traktuje innych, ale z drugiej strony rozumiemy, że będąc geniuszem, ciężko mu się dostosować. Potrafimy go usprawiedliwić. Tak jak potrafimy usprawiedliwić zachowanie Draco Malfoy’a. Wsadzam go dokładnie w to miejsce, bo będąc wychowany w kulcie Voldemorta, chłopak nie miał za dużego wyboru w życiu. Ale powiedzieć, że jest zły? Nie, Draco nie był nigdy czarnym charakterem, a im dalej w historię, tym mniej nim jest. I choć w oczach Harry’ego był właśnie taki, tak czytelnicy w swoich fanfickach szybko pokazali, ze wcale nie uważają go za czarny charakter. Za wrednego chłopaka ze szkoły – owszem.

Antagonista z kolei, to bohater, który stoi w opozycji do naszego herosa, ale tylko dlatego, że motywują do inne rzeczy. I o ile Lokiego byśmy wrzucili w pierwszym odruchu jako czarny charakter, tak im dalej w las, bardziej jawi się jako antagonista, który ma swoje własne cele i to mocno uzasadnione. W przeciwieństwie do czarnego charakteru, nie jest jednowymiarowy. Thor stoi mu na drodze do objęcia władzy, czuje się niekochanym synem, więc automatycznie staje w opozycji do swojego brata.

Antagonista jest sprawcą tego co się dzieje, antybohater bardziej uczestniczy w wydarzeniach, niekoniecznie będąc im współwinnym.

Ale jak sami widzicie, wszystko jest płynne. Bardzo łatwo byłoby uzasadnić, dlaczego Loki może być antybohaterem, a nie antagonistą. Dlatego mocny i zdecydowany podział zrobić jest niesamowicie trudno, a może nawet jest to niemożliwe. Ale pewne jest jedno. Płytkie, zwykłe czarne charaktery nas nie interesują. Ktoś kto po prostu chce zniszczyć świat i potrafi to uzasadnić jedną linijką tekstu podczas całego filmu, zwyczajnie nas nudzi. Za to za pozostałą dwójką swoi już historia, motywacja i dramat. Lub znudzenie.

Ale to nadal nam nie tłumaczy, dlaczego my ich tak uwielbiamy.

Nie zaprzeczajmy, źli zawsze mają styl i klasę. Ale jak doda im się jeszcze charakter, to nie trudno zacząć kibicować im bardziej, niż głównemu bohaterowi.
Jako, że nie ma za mną żadnych socjologicznych badań tego tematu, teza będzie śmiała i będzie opisywać dokładnie to, za co ja ich lubię. A uwielbiam ich za to, że nie mam pojęcia, co zaraz zrobią. Spójrzmy na Damona. Zły, krnąbrny brat, psujący wszystko i zabijający wszystkich? Niby tak, ale tylko w teorii. Jeszcze przed koncertowym zepsuciem tej postaci, Damon pokazał, że raz urwie głowę, a innym razem nie tylko puści wolno, ale nawet pokusi się o dobry uczynek. Nigdy nie mamy pewności, czy gra w drużynie ze Stephanem, tak jak się umówili, czy wykorzystuje sytuację, by zdobyć to na czym mu zależy. Albo zrobić po prostu na złość. Możemy uważać, że Guy of Gisborne jest okropnym villainem, ale prawda jest taka, że jak ktoś tu się trzymał prawa ustanowionego przez zarządcę, to właśnie on. To Robin Hood kradł i wypuszczał więźniów. I niby tak, oddawał później biednym, ale spróbujcie pójść do banku, obrabować go, a policji powiedzieć, że pieniądze rozdaliście bezdomnym. Nie zmienia do faktu, że jednak je ukradliście. I my doskonale to wiemy, wiemy, że Guy nie jest najlepszym człowiekiem na ziemi, ale wiemy, że ma też pozytywne cechy (nikt się tak pięknie nie zakochuje jak on, będąc równocześnie ciągle tak cudnym draniem). A to sprawia, że dostajemy szaloną mieszankę bezwzględnego stręczyciela ludu i faceta, który strasznie cierpi z miłości.

Niestety, twórcy podłapując, że którąś z negatywnym postaci polubiliśmy, uparcie nagle dążą do jej wybielenia. I tak, prawie cały fandom krzyczał, żeby Damon zszedł się z Eleną, ale krzyczał tak dlatego, że nieprzewidywalny Damon i poukładana Elena byli ciekawym zestawieniem. Nie po to, żebym zrobić z Damona wampira gotowego się zmienić dla ukochanej. Wbrew pozorom my wcale nie chcemy by ci źli stali się dobrzy, bo nie za to ich polubiliśmy. Taka przemiana bohatera musi być bardzo ostrożna. Myślę, że doskonale w takich zabiegach spisali się twórcy The 100. Bellamy będąc na dzień dobry strasznym dupkiem (choć pokrzywdzony przez system jednak swoje racje miał), stał się bohaterem pozytywnym. Zaczynał od bycia antagonistą i przeszkodą, a został poważnym sojusznikiem. Co zabawne, Bellamy’emu, jako że zaczynał jako antagonista, jesteśmy wstanie wybaczyć wiele. Bo choć w ostatnim sezonie, na moment, wrócił do roli antagonisty, i znowu nie bez przyczyny, to ta rola nie odrzuciła nas od niego. Bo doskonale wiedzieliśmy, że jest do takich rzeczy zdolny. Raczej martwiliśmy się o niego, niż przestaliśmy mu kibicować. Co innego z Finnem, który zaczął jako sojusznik Clarke. Nieskazitelny, pozytywny bohater, który nagle zaczyna robić rzeczy równie złe jak Bellamy. I jemu już tego nie wybaczyliśmy. I nie tylko my. Clarke choć doskonale wiedziała do czego zdolny jest Bellamy, była skłonna zaufać jemu, niż wybaczyć Finnowi zmianę swojego postępowania. Poczuła się zdradzona.

Kochamy antagonistów, bo nie są tak przewidywalni jak pozytywni bohaterowie, choć będąc w opozycji, wcale nie musza być tymi złymi. Kochamy antybohaterów, bo w przeciwieństwie do czarnych charakterów, mają za sobą jakąś historię, motywację do działania, która ich napędza. Nie są krystaliczni. Ani do końca źli, ani dobrzy. Są trochę tacy jak my, pomimo że potrafią posunąć się do rzeczy, do których my nie jesteśmy zdolni. Albo tak się nam wydaje.

Ps. Zgadzacie się ze mną? Chętnie się dowiem, co o tym myślicie i co myślicie o ramach, w które wsadziłam bohaterów. Bo przecież wcale nie muszę mieć pod tym względem racji. I co ważniejsze, dlaczego Wy lubicie tych złych?

Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze