Jak zacząć oglądać seriale po angielsku?

by - poniedziałek, stycznia 16, 2017

Mogłabym napisać po prostu: usiądź i zacznij oglądać, ale oboje wiemy, że nie jest to odpowiedź, której szukasz. Jednak, to co jest najważniejsze, to to, że masz się nie przejmować, czy zrozumiesz każde słowo, czy nie - bo tak naprawę przez zbyt duże wymagania, które sobie stawiamy, boimy się oglądać w obcym języku. To nie jest żaden wstyd nie zrozumieć czegoś, co powiedział aktor, a równocześnie jestem pewna, że zrozumiesz więcej, niż ci się wydaje.

Przy czym jedna ważna rzecz: wszystkie wersje z lektorem/dubbingiem wyrzucamy do kosza. Zapominamy o nich. One nie istnieją.

Jak to się zaczęło u mnie?

Pierwszy kontakt z serialem całkowicie po angielsku, nawet bez napisów, miałam pięć lat temu. Chłopak z którym się spotykałam mówił po angielsku biegle i notorycznie zapominał, że dla mnie napisy są dużym ułatwieniem. Żeby nie tracić czasu na znajdywanie wersji z napisami, ustaliliśmy, że oglądamy bez, a jak czegoś nie będę rozumieć, to będzie mi tłumaczył. Nie był to żaden wybitny i trudny serial, a Różowe Lata Siedemdziesiąte – i ku mojemu zaskoczeniu, rozumiałam co się dzieje bez większego problemu, choć ciężko było to nazwać oglądaniem zupełnie komfortowym. To co sprawiało dużą trudność, to żarty, które odnosiły się do zjawisk mi samej niekoniecznie znanych. Sitcomy są z jednej strony bardzo dobrym początkiem, bo ich fabuła jest łatwa, z drugiej strony, mają dużo żartów opartych na grach słownych, czy bieżącym slangu – co z pewnością będzie utrudnieniem.

Ale nie napiszę Wam, że od tamtej pory oglądam tylko po angielsku, bo droga przede mną była jeszcze długa.

Co mnie w końcu zmotywowało by spróbować na dobre? Seriale, na których tłumaczenie trzeba było długo czekać. Jest masa seriali, tych bardzo znanych, których tłumaczenie dostajecie od razu, czy to z napisami, czy z lektorem. Przy wielu, wielu innych trzeba czekać. Czasem tydzień, czasem trzy tygodnie, a czasem nie doczekacie się nigdy. Problem był taki, że ja nie chciałam czekać.

Podejście miałam bardzo proste – obejrzę po angielsku, a jak pojawi się polskie tłumaczenie, to obejrzę raz jeszcze, żeby zobaczyć czy wszystko dobrze zrozumiałam. I tu warto zaznaczyć, że po angielsku zaczęłam oglądać seriale, które już od dłuższego czasu oglądałam z polskimi napisami – byłam więc osłuchana z akcentem aktorów, czy z nazewnictwem (co jest dość istotne w serialach fantasy). Przez pewien czas, zaczynałam oglądać nowe seriale z tłumaczeniem i dopiero po kilku odcinkach, próbowałam oglądać bez niego.


Obecnie nie zwracam uwagi na to, czy mam dostęp do tłumaczenia, czy nie. Po prostu uruchamiam serial, ale nie będę Was kłamać, że wszystkie oglądam bez problemu. Zdarza się, że słownictwo jest „górnolotne” i najzwyczajniej w świecie go nie znam, albo aktorzy mówią tak, że mam problem z rozróżnieniem słów, na co skarżyłam się ostatnio przy Taboo. Czy to sprawa, że naciskam czerwony krzyżyk? Nie, bo bardzo często okazuje się, że kolejne sceny i rozmowy, tłumaczą to, czego nie udało mi się zrozumieć. A jeżeli już coś naprawdę mnie przerasta, to zwyczajnie oglądam to drugi raz po polsku.

Jak zauważyliście, nigdzie nie wymieniłam oglądania z angielskimi napisami. Bo faktycznie, ten etap całkowicie przeskoczyłam. Wynikało to bardziej z mojego lenistwa i konieczności szukania jakiś źródeł, gdzie angielskie napisy są – nikt tego dzisiaj już nie pamięta, ale przecież jeszcze przed chwilą nie było Netflixa i całej gamy legalnych źródeł, gdzie język sobie można wybrać (prawie) dowolny.  Pod ręką miałam z napisami polskimi lub bez żadnych.

Myślę jednak, że oglądanie z angielskimi napisami jest dużo mniej bolesne, niż całkowite z nich zrezygnowanie. Przede wszystkim nie musicie się martwić akcentami aktorów, a te bywają naprawdę różne i trzeba się osłuchać. Ku mojemu zaskoczeniu, dźwięk w filmach anglojęzycznych wcale nie jest taki bez zarzutu, bywa że aktorów naprawdę słabo słychać, co jeszcze bardziej utrudnia zrozumienie kwestii.

Co istotne, jeżeli częściej oglądanie brytyjską telewizję, to amerykańska może stanowić problem – i w drugą stronę. U mnie rozkłada się to mniej więcej po połowie, jednak w obu przypadkach trafiam na momenty, w którym nie mam pojęcia co aktor powiedział.

Doskonałą wprawką do oglądania po angielsku jest także YouTube – wywiady z ulubionymi aktorami, czy programy zagranicznych youtuberów. Bardzo często nie mówią o rzeczach skomplikowanych, są to z reguły proste i zabawne historyjki. Polecam także puścić sobie w tle radio BBC - lub jakąś amerykańską stację, jeżeli to tego akcentu chcecie się nauczyć. I nie koncentrujcie się na tym, czy rozumiecie, czy nie, bo osłuchanie się z językiem, tym jak akcentują poszczególne słowa, z bardzo różnymi głosami, tempem mówienia – naprawdę dużo daje, choć może się wydawać, że to czynność bezsensowna, skoro nie rozumie się słowo w słowo. Wierzcie mi, że nie jest bezsensowna.


W rozmowie na ten temat na grupie facebookowej (jeżeli chcecie poczytać doświadczenia innych, zapraszam. Jeżeli nie chcecie, też zapraszam) padło także, że bardzo dużo daje tłumaczenie napisów dla siebie. Sama nigdy tego nie robiłam, ale pomysł mi się szalenie podoba i mam w planie zaleźć napisy po angielsku i przetłumaczyć dla samej siebie jakiś odcinek serialu.

Najważniejsze w oglądaniu w obcym języku jest pozbycie się przekonania, że trzeba zrozumieć każde, ale to każde słowo. To nie prawda, na początek wystarczy, jeżeli będziecie rozumieli ogólny sens całości – a reszta przyjdzie sama. Bądźcie też dla siebie wyrozumiali. Oglądanie w obcym języku, którego bardzo dobrze się nie zna, zawsze będzie trochę niekomfortowe – ale z każdym kolejnym odcinkiem, będzie prościej i przyjemniej. Co zabawne, oglądając Berlin Station, miałam ogromny dysonans, gdy przychodziło do słuchania wypowiedzi w języku niemieckim (którego nie znam) i czytania angielskich napisów. Mój mózg zwyczajnie odmawiał zrozumienia.

I najważniejsze, czy warto? I to jeszcze jak! Po pierwsze, słuchamy żartów i wypowiedzi, które zostały napisane przez twórców, a nie przepisane z nadzieją, że uda się zachować ich sens. W dodatku jest masa rzeczy, których zwyczajnie przetłumaczyć się nie da – każdy język tak ma, że pewne jego powiedzonka są nieprzetłumaczalne na inny. No i przestajemy się przejmować, czy to, co chcemy zobaczyć, jest przetłumaczone, czy nie. Ostatnio taką falę pytań o tłumaczenie widziałam przy okazji premiery The Grant Tour, gdy nie było wiadomo, czy Amazon wejdzie z tym programem oficjalnie do Polski. Bo udostępniać udostępnili go od razu – po angielsku.

A przy całym radośnie przyswajanym świecie popkultury – uczymy się żywego języka. Nawet nie wiemy, kiedy zapamiętujemy zwroty, dowiadujemy się naturalnie, w jakich sytuacjach czego się używa. Coś, co bardzo ciężko zaprezentować na zajęciach z języka, telewizja podaje nam w sposób naturalny. A chyba nie ma lepszego sposobu na naukę, jak wtedy, gdy człowiek nawet nie wie, że się uczy.

You May Also Like

0 komentarze