To naprawdę jest dobry film, czyli Kevin sam w domu

Wielu z Was zrobiło pewnie wielkie oczy i myślicie, że żartuję, ale nie. Nie żartuję ani trochę, bo Kevin jest dobrym filmem świątecznym. Przemielonym w naszej kochanej polskiej telewizji tak bardzo, że większość z nas ma go dość. Ale gdy po kilku latach przerwy sobie go odświeżyłam, bawiłam się na nim równie dobrze, co gdy byłam małym dzieciakiem, siedzącym przed telewizorem.

Przede wszystkim jest to komedia świąteczna pozbawiona wątku miłosnego, nawet takiego małego w tle. Co, nie ukrywajmy, wymyka się schematom komedii świątecznych. W końcu święta są momentem cudów, każdy samotny znajduje drugą połówkę, a ci w związkach odkrywają, że się z nieodpowiednią osobą. Kevin niczego nie odkrywa, bo jest jeszcze dzieciakiem.

Podoba mi się w tym filmie to, że Kevin jest takim dzieckiem, jak każde inne. Czyli przeszkadzającym. Wszyscy się pakują, nikt nie ma dla niego czasu, wręcz irytuje działającą w pośpiechu rodzinę. Przyznać się - u kogo moment wyjazdu i pakowania jest momentem największych kłótni i paniki? No właśnie. Wyłaź dziecko z tej walizki i nie, nie bierzemy ze sobą pluszowego dinozaura, który jest dwa razy większy od ciebie gówniarzu, do pokoju!


Nic więc dziwnego, że mały czuje się niepotrzebny, stłamszony i zmuszany do robienia rzeczy, jakich nie chce. Jak w sumie każde dziecko. Życzy sobie, by wszyscy znikli i... znikają. Co prawda, możemy się tu zastanawiać, jakim cudem rodzice zapomnieli o swoim dziecku, ale powiedzmy sobie szczerze, nikt nie jest idealny. Większość co prawda zorientowałaby się w sytuacji nie opuszczając swojego osiedla i zwróciła.

Chyba.

Mam taką nadzieję.

To co udało się twórcom, to z pewnością znalezienie ślicznego, utalentowanego i charyzmatycznego chłopca. Macaulay Culkin spisuje się w filmie doskonale i pozostaje we mnie żal, że będąc dzieciakiem, któremu Hollywood padło do kolan, nie spotkał na swojej drodze kogoś, kto by go ochronił przed presją otoczenia. Zresztą, co tu dużo mówić, mały Culkin został przecież nominowany za swoją rolę do Złotych Globów, a dostał dwie statuetki: American Comedy Awards oraz Chicago Film Critics Association Awards.

Uroczemu Macaulay'owi partnerowali także doskonali: Joe Pesci oraz Daniel Stern. Do dziś pamiętam, jak za małego dzieciaka (film został nakręcony dokładnie w roku moich urodzin - Boże, jaka ja jestem stara), wydawali się strasznymi przestępcami! Ich gra doskonale wpisywała się w klimat filmu - lekko przeszarżowana, zamiast przeszkadzać, bawi niezmiennie.


I w końcu, jedna z tych postaci, która jest mocno drugoplanowa, ale jednak to właśnie on tłumaczy nam, po co są święta, rodzina i roztapia nam serce w finale. Pan Marley, dziwny staruszek z sąsiedztwa, którego należy się bać. Nie udawajmy, gdy na samym końcu przytula swoją wnuczkę, wszyscy oddychamy z ulgą.

Kevin ma także sprytnie wymyślony humor. Nie oparty na głupich i żenujących słownych komentarzach, a na odpowiednio wygranych skeczach, które jednak nie są oddzielnymi scenami, a spójną całością. Film już na początku ustawia naszą świadomość tak, by działania małego chłopca nie spotykały się kpiącym prychnięciem: "taaa, jasne". I to działa. Na każdym poziomie.

Myślę sobie, że największą krzywdą, jaka Kevina mogła spotkać, to właśnie odtwarzanie go co święta. Trochę jak z przekleństwem pisarzy. Jak chcesz, żeby ludzie przestali cię czytać, to pisz tak, by umieszczono cię na spisie lektur szkolnych.

Bo oto mamy nie tylko sympatyczny, ale i dobry film familijny na święta, przy którym nie musimy się martwić, czy szkraby siedzące obok nas mogą go oglądać. Ale dosłownie zmuszeni oglądać go rok w rok, zamiast doceniać dobrą pracę twórców, prychamy z irytacją i śmiejemy się ze świątecznego wyboru. A szkoda. Bo jest tak wiele filmów pasujących do świąt, że spokojnie co roku moglibyśmy obejrzeć w telewizji coś innego. I z radością wracać do Kevina.