Skywalker Odrodzenie, czyli nie mam zamiaru ukrywać sentymentu

by - sobota, grudnia 28, 2019


Jestem zakochana w Przebudzeniu Mocy, rozczarował mnie Ostatni Jedi (choć podobno po ponownym obejrzeniu zyskuje), więc jak zareagowałam na Skywalker Odrodzenie?

Nie będę Was trzymać w niepewności. Podobało mi się – choć uważam, że ma wiele problemów, nie przeskoczył w moich oczach Przebudzenia, ale dla mnie jest lepszy niż The Last Jedi.

Omówienie obejmuje fabułę, bo od premiery już trochę czasu minęło.



Dlaczego jestem na tak?

Jest to bardzo proste. Ostatni Jedi zraził mnie usilnym łamaniem konwencji serii. I choć zakochana jestem w totalnie innym i będącym poza schematami Łotrze 1, to przy The Last Jedi oczekiwałam tych schematów.

Bo to jest historia, która na tych schematach się opiera, dając nam nie niepowtarzalne opowieści, a historie, które znamy opakowane w nowy papierek i okraszone ciekawymi bohaterami.

Bo nie ukrywajmy, tworzenie z Vadera ojca Luka, a z Lei bliźniaczkę Luka i zagranie, że żadne się nie zna, to... jest dosłownie wzięte ze scenariusza telenoweli i najbardziej leniwe pisarstwo ever. Ale jednak właśnie ten schemat, osadzony w niezwykle fascynującym świecie się sprawdza.

Dlatego, gdy dostaję go z powrotem, czuję się jak w domu. I choć mam pewne pretensje (o tym zaraz), to nie mam za złe odgrzebania Palpatine, nie mam za złe, kto jest czyim dziadkiem i wnuczką. Bo to jest dokładnie taka historia, jaką chciałam otrzymać.

A której Last Jedi mi nie dało.


Na Palpatine się zaczęło, na Palpatine się kończy

Sam pomysł wprowadzenia na nowo Palpatine szalenie mi się podoba. Bo to od niego wszystko się zaczęło. To on postanowił wykorzystać burzliwy i podatny charakter Anakina, by móc ciągle pozostać w cieniu, a równocześnie realizować swój plan. Gdyby nie Palpatine Anakin być może nigdy nie przeszedłby na Ciemną Stronę Mocy (choć z jego charakterem, pewnie by jej skosztował).

To Palpatine sterował działaniami Vadera. Choć to Vader był tym złym i brutalnym, wszystko wykonywał na rozkaz Mistrza. To w końcu Palpatine postanowił sprawdzić Moc Luke, choć milion razy mógł rozkazać go po prostu zabić, bez testowania. Miał już przecież wiernego sługę.

Sam fakt, że Palpatine nadal żyje, jest dla mnie wspaniały. Bo w końcu miał być najpotężniejszy. A nie oszukujmy się, Vader wrzucił go tylko do szybu, tam nie było niezwykle imponującej walki, w której Palpatine zostaje rozpruty mieczem świetlnym.


Jednak nie jest to wątek doskonały. Bo o ile gra na przestrzeni jednego filmu, wpisuje się dla mnie wspaniale w całą historię, to niestety w nowej trylogii nie jest on dobrze rozegrany.

Nie ma do niego żadnego, najmniejszego podprowadzenia. Żadnej sugestii, niczego. Nie jestem więc zupełnie zaskoczona, że większość widzów zareagowała z wielkim WTF – i uznała, że wciska się im coś wymyślonego na kolanie.

Bo takie rozwiązania powinny mieć podpowiedź. Jakąkolwiek. Choćby rzuconą gdzieś w trzecim planie. Żadnej nie było. A zaplanowanych historii w ten sposób się nie pisze.

I tak, można by tu teraz wyciągać, że nie było szczególnego podprowadzenia pod to, kim jest Vader, czy kim jest Leia. Ale tam mieliśmy rozwijanie historii (a wiadomo, że Lucas chciał w oryginale stworzyć 9 filmów, nie 6). Tu jednak mamy nie tylko kontynuowanie rozpoczętych wątków, ale i ich domknięcie. W świecie, w którym istnieje masa historii pobocznych.

Foreshadowing jest więc już obowiązkowy.


Rey

Chciałabym powiedzieć, że jej wątek jest poprowadzony wspaniale, ale mam problem, by go obronić. Bo choć Rey od Przebudzenia Mocy kocham całym sercem, to czegoś po drodze zabrakło. Rey niby pląta się pomiędzy dobrem a złem, trafia nawet na ten sam test, jakiemu poddany był Luke i musi zmierzyć się sama ze sobą.

Jednak równocześnie, wcale to nie wybrzmiewa. I choć po wyjściu z kina, próbowałam jej wątku bronić, gdy znajomy określił, że jest straszliwie nijaka, to… z bólem serca muszę przyznać, że niestety jej dylematy wypadają bardzo blado na tle innych postaci. I trudno powiedzieć, w jakim stopniu jest to wina scenariusza, a w jakim aktorki.


Kylo Ren

Bo już sam Kylo wypada w filmie fenomenalnie. Pamiętam, że miałam straszliwie mieszane uczucia i wcale Kylo nie pokochałam, wręcz przeciwnie, nie rozumiałam zachwytów reszty świata. Widziałam w tej roli każdego aktora, tylko nie Adama.

Ale lata minęły, Kylo się rozwijał wraz z filmami, a ja ostatecznie doceniłam całą postać i wysiłek, jaki Adam wkłada w jego zagranie. Inną sprawą jest, że widać gołym okiem, jak ogromny ma on warsztat aktorski. Kylo rozegrany jest na małych gestach, minach detalach. Widać jego wątpliwości, jego wewnętrzną walkę.

Adam na przestrzeni trzech filmów zbudował najbardziej realistyczną postać, jaka kiedykolwiek po filmowym świecie Gwiezdnych Wojen chodziła.


Poe Dameron

Nie ukrywam jednak, że od pierwszego filmu to Poe jest moim ulubieńcem. I w końcu dostałam go na ekranie tyle, ile chciałam. I tak jak podejrzewałam już w Przebudzeniu, Poe ma świetną chemię ze wszystkimi pozostałymi bohaterami.

Fantastycznie wypada, prychając z irytacją na Rey, widać, że z Finnem ma prawdziwy bromans (a wiele fanfików wskazuje, że i dużo, dużo więcej).

Ucieszył mnie bardzo fakt, że jego wątek został mocno rozwinięty. Dzięki Last Jedi wiemy, jaka była jego relacja z Leią, więc po jej śmierci wydaje się naturalne, że przejmuje dowodzenie. Jednak aż do tego filmu nie mieliśmy możliwości dowiedzenia się, kim był przed rebelią.

Jego spotkanie z przeszłością sprawiło mi masę frajdy i mam ochotę skandować o jakiś serial z Poe. Albo jakiś film poboczy. Cokolwiek.

Poe!


Finn

Tak jak Poe wyszedł na pierwszy plan, tak Finn osunął się trochę w cień – ale nic to nie przeszkadzało jego postaci. Bo już wiemy, kim jest, znamy jego relacje z Poe i Rey, a wszystko, co robi dla Rebelii, utwierdza nas tylko w przekonaniu, że to dobry chłopak ze skomplikowaną przeszłością.

Bardzo podoba mi się wątek spotkania z osobami takimi jak on – byłymi szturmowcami, którzy postanowili zdezerterować. To, co mnie też zachwyciło to sprawne podprowadzenie pod fakt, że Finn również czuje Moc. Z pełną wiarą mówi o niej przez cały film, by w końcu wyczuwać, co dzieje się z Rey.


Pożegnanie Lei

Nie będę też ukrywać — nie jedna łza mi poleciała podczas śmierci Lei. Gdy wszyscy zebrali się wokół jej łóżka. Gdy Trójka głównych bohaterów dowiedziała się z opóźnieniem o jej śmierci. Gdy Wookiee zawył z bezsilności — pozostając jako ostatni żyjący z tej legendarnej drużyny.

Co ciekawe, podobno żadna inna aktorka w sceny Lei się nie angażowała. Wykorzystano stare zdjęcia, które oryginalnie miały znaleźć się w filmie w całkowicie innym kontekście.


Nie wszystko idealne

Jednak oprócz złego podprowadzenia wątku Palpatie, film ma również okropny problem z tempem. Po pierwszym akcie potyka się i jakby staje w miejscu. I jasne, potrzebujemy czasu na oddech pomiędzy szybkimi scenami, ale jest to film kończący całą wielką sagę. Rzeczy powinny dziać się bez przerwy.

Mam także pewne problemy z finałem. I o ile jestem w mniejszości, bo podoba mi się sprowadzenie dawnych Jedi, bo trzyma się to tego, co wiemy o świecie Gwiezdnych Wojen, tak nie do końca rozumiem, jak interpretować te tłumy podczas przemówienia Palpatine.

Czy to były zjawy? Hologramy? Faktyczne osoby? Jaki był ich cel obecności? Bo Jedi dodali Rey siły. Tamte tłumy zdawały się nie dodawać niczego, oprócz klaskania, gdy trzeba (dobra, przesadzam z tym klaskaniem, ale niedużo im brakowało).

Nie ucieszył mnie także pocałunek Rey i Kylo. Bo o ile sam fakt złączenia się ich Mocy jest fascynujący i wyjaśnia to, co działo się w Last Jedi – to ich romans jest z kolei jednym z tych, wpisujących się we frazę: jak go będę kochać, to on się zmieni.



Tym bardziej że sama scena pocałunku nie była ani trochę romantyczna, ani trochę nie pasowała do tego, co się dzieje.


Moim kolejnym, wielkim rozczarowaniem są rycerze Ren. Już się prawie w kinie rozpiszczałam na ich widok. W końcu jakichś zakon Sithów! Więcej się o nich dowiemy! W końcu na dużym ekranie!

Tyle że rycerze Ren oprócz plątania się to tu, to tam, nic nie robią. Aż trudno sobie wyobrazić, dlaczego w ogóle inni mają się ich bać. Nie wydają się groźniejsi od zwykłych szturmowców.

Na sam koniec przyczepię się do… tytułu filmu. Bo Skywalker Odrodzenie, nie ma najmniejszego sensu w kontekście całości. Ród Skywalkerów się nie odradza, przyjęcie nieswojego nazwiska (trudno, żeby Rey przedstawiała się jako Palpatine), nie jest odrodzeniem rodu. Przykro mi, że tytuł ostatniej części jest bardzo, bardzo przestrzelony.


Sentymentalna łza

Mimo to finalnie wyszłam z kina zadowolona. I zatykam uszy na jęki krytyki. Bo siedzi we mnie ta kilkuletnia dziewczynka, która oglądała w TV pierwszą trylogię plus Mroczne Widmo. I która strasznie zazdrościła tacie, że mógł te filmy widzieć w kinie.

Później z radością poszła na Atak Klonów i Zemstę Sithów, i znów ze smutkiem pożegnała sagę. Z wiedzą, że filmów miało być 9, a nie 6. I że nigdy się tych 9 filmów nie doczeka.

Więc fakt, że właśnie siedziałam na 9 filmie sagi Skywalkerów, jest dla mnie tak wielkim przeżyciem, że zamykam oczy na wady. Cieszę się możliwością oglądania, cieszę się sentymentem i mam ochotę powiedzieć tej małej Agacie, że jeszcze będzie o Gwiezdnych Wojnach mówić. I pisać. I siedzieć w kinie.

I będzie oglądać dziewczynę Jedi, a nie słuchać kolegów, że dziewczyny Jedi być nie mogą.


Fajnie, że jesteś!

Będzie mi bardzo miło, jeżeli zostawisz po sobie ślad, nawet mały. Może to być zwykły uśmiech w komentarzu lub gotowa reakcja z Disqusa. Świadomość, że tu jesteście i czytacie, jest dla mnie największą motywacją do pisania.



Bałagan lubi lajki!


Przeczytaj też:

0 komentarze