Dar nieśmiertelności, czy przekleństwo wiecznego życia?

Jak wiecie, lub właśnie będziecie mieli okazję się dowiedzieć, zawsze piszczę z uciechy, gdy jakiś scenarzysta czyta mi w myślach i tworz...

Jak wiecie, lub właśnie będziecie mieli okazję się dowiedzieć, zawsze piszczę z uciechy, gdy jakiś scenarzysta czyta mi w myślach i tworzy serial, który ma dosłownie wszystko, czego od niego oczekuję. Takim serialem ostatnio okazało się Forever i gdybym tylko mogła, ozłociłabym tych, co go tworzą. Okazało się, że można do jednego worka wrzucić nadprzyrodzone cechy, zagadki kryminalne i Brytyjczyka (swoją drogą, zakończenie ostatniego odcinka, nasuwa myśl, że Brytyjczycy chcą szturmem przejąć serial - i ta koncepcja bardzo mi się podoba).
Ale to co najbardziej mi się w serialu podoba, to koncepcja nieśmiertelności. Coś, do czego ludzkość dąży od wieków - przedłużamy swoje życie coraz bardziej, staramy się oszukać starzejący się organizm, nawet powstają pomysły, żeby nasze jaźnie przenosić do maszyn i w ten sposób żyć nieskończenie długo. I Forever daje nam bohatera, który nie dość, że jest nieśmiertelny, albo może raczej śmiertelny-na-chwilę (jakby na to nie patrzeć, to przecież ginie na miejscu, a że zmartwychwstaje po chwili w rzece, to już inna bajka), to jeszcze pozostaje wiecznie młody.
Henry mając cały czas wszechświata, zna się na wielu rzeczach, na których zwykłemu człowiekowi zwyczajnie zabrakłoby życia, by kiedykolwiek je opanować. Swoją drogą, ciekawe, czy gdyby wszechświat się skończył, to Henry mógłby istnieć dalej? Na nowo zmartwychwstawać i od razu umierać? Czy niezbędna do tego procesu jest jednak obecność wody, więc gdyby odparować całą wodę z ziemi, to byłaby jego definitywna śmierć?
Ok, chyba się jednak trochę zapędziłam (co nie zmienia faktu, że mnie to nurtuje).


Rozpięta koszula Ioana wcale nie miała wpływu na wybór tego zdjęcia. (źródło)

Henry ma więc wszystko, czego może chcieć żyjący dziś człowiek. Wieczne życie, niesamowitą wiedzę, świetny wygląd (nie zaprzeczajmy, Ioan Gruffudd jest nieprzyzwoicie przystojny) i brytyjski akcent. A on za miast rządzić światem, siedzi w prosektorium, gdzie poznaje tajemnice śmierci. Bo gdzie łatwiej odkryć jak umrzeć, niż wśród trupów, pracując legalnie, zamiast w tajnym laboratorium w piwnicy. Dobra, piwnica Henry'ego może nie jest najlepszym przykładem, bo ona naprawdę przypomina laboratorium i to takie z XVIII wieku, ale rozumienie o co mi chodzi.
I ja mu się osobiście nie dziwię, Patrzył na śmierć swojej ukochanej, pochował wielu przyjaciół. A najbardziej wzrusza mnie relacja Henry'ego ze swoim synem, Abem (Judd Hirsch). Henry żyje ze świadomością, że Abe wygląda już bardziej na jego ojca niż syna i że będzie musiał, prędzej czy później, patrzeć na jego śmierć. Z drugiej strony, Abe ma w oczach pewne niezrozumienie, dla całej sprawy Henry'ego. Może to tylko moje widzę, co chcę zobaczyć, ale w scenach, gdzie Henry podniecony biega, że być może odkrył coś, co wreszcie pozwoli mu umrzeć, Abe patrzy na niego w sposób bardzo... oceniający? Bo on sam chętnie cofnąłby się do lat młodzieńczych. Nie może do końca zrozumieć, co złego jest w byciu wiecznie młodym, bo przecież na starość, zamiast łatwiej, jest trudniej. Scenarzyści dali nam cudowne zderzenie dwóch światów: człowieka, który starzeje się i zbliża do kresu swych dni, a bardzo tego nie chce, oraz osobę, której czas się nie ima, a ona za wszelką cenę chce to zmienić.
Z drugiej strony, dzięki temu mamy garść tak cudownych scen, gdzie Henry nie może pojąć zamiłowania Abe'a do jazzu. Dla Henry'ego to nie muzyka, a hałas, którego słuchają szaleni, młodzi ludzie. Czy momenty, gdy Henry przywołuje swojego syna do porządku, przypominając, kto tu naprawdę jest starszy. Są to jedne z najbardziej uroczych scen, jakie widziałam.


Joel gra w innym serialu, ale ciągle tą samą rolę. (źródło)

Z zaskoczeniem spotkałam się po raz kolejny z Joelem Davidem Moorem, grającego Lucasa, pracownika prosektorium. Przyznam, że nie do końca spodobało mi się to spotkanie. Miałam nieustające wrażenie, że dostałam tą samą postać, co w serialu Kości, gdzie gra pomocnika dr Temperance Brennan. I choć rola w Forever jest napisana trochę inaczej, Joel nie gra tu bowiem geniusza, który z Bones konkuruje, a zwykłego faceta, który bardzo chce, żeby ktoś w końcu się z nim zaprzyjaźnił, szczególnie zabiegając o aprobatę Henry'ego, to... Obawiam się, że Joel dał się właśnie zaszufladkować. Nie gra jakoś szczególnie inaczej, jest to tak bardzo podobna rola, że przez kilka pierwszych odcinków, czułam wręcz poirytowanie widząc go na ekranie.


Jednocześnie bardzo przyjemna i... nijaka para. (źródło)

Z kolei para głównych detektywów, Jo Martinez (Alana De La Garza) i detektyw Hanson (Donnie Keshawarz), tworzą bardzo urocze tło, ale... tak jakby nic poza tym. I choć naprawdę przyjemnie mi się ich słucha i na nich patrzy, to jak na razie ich postacie nie bardzo wnoszą cokolwiek szczególnego do fabuły. Mogli by ich dziś wymienić i nie wiem, czy zrobiłoby to większą różnicę. Jednak nie jest to wina aktorów, którzy grają naprawdę przyjemnie, ale kiepsko napisanych postaci. Ktoś gdzieś uznał, że mają być tłem i jakby zapomniał ich dobrze napisać. Na szczęście mamy do czynienia z serialem, a nie filmem, więc mam wielką nadzieję, że wątki tej dwójki zostaną bardziej dopracowane.

Wracając jednak do tematu nieśmiertelności, wspaniały jest także problem Henry'ego, jak zachować swoją niezwykłość w tajemnicy. Ciągłe przeprowadzki, by ukryć przed znajomymi, że się nie starzeje oraz ucieczki, gdy tylko zaczyna wzbudzać jakieś podejrzenia. Fakt, że Abe uważa, iż Henry powinien jeszcze się tym z kimś podzielić i cała niechęć (choć może bardziej strach) Henry'ego przed jakąkolwiek aluzją na ten temat. Zresztą i tutaj scenarzyści stanęli na wysokości zadania; jeżeli ktoś z bohaterów nieznający jego sekretu, tylko napomknie coś o nieśmiertelności, braku starzenia się, sprawia, że nasz bohater cały drętwieje i przestaje zauważać jakiekolwiek metafory.
Trudność zwiększa się jeszcze przez wszechobecne kamery. I choć gdzieś w głębi wiem, że przecież wszystko się uda i nic szybko nie wypłynie na jaw, to jestem tak samo ciężko przerażona jak on, gdy tylko zauważam, że coś może nagrać jego prawie- śmierć.
Scenarzyści unikają odpowiedzi na pytanie, które zadali pomiędzy wierszami: czy nieśmiertelność jest tego warta? Jest warta ciągłego strachu? Patrzenia na śmierć najbliższych? Okłamywania przyjaciół? Czy wieczna młodość, zapewnia szczęście, czy cierpienie? W serialu pada co prawda stwierdzenie, że Henry ma na sobie klątwę, ale w oczach Abe'a widać, że jego zdaniem, jest to wybawienie.
I wiecie co? Jak dla mnie, cena nieśmiertelnego życia jest zbyt wysoka.

Ps. Co myślicie na ten temat? Nieśmiertelność to dar, czy przekleństwo?
Ps2. Pomimo kilku niedociągnięć, o których wspomniałam, serial mnie zachwyca każdym odcinkiem. A jak Wasze wrażenia?
Ps3. Znacie jakieś ciekawe interpretacje wątku nieśmiertelności w popkulturze?



Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze