Pierwsze spojrzenie na trzeci sezon The 100

Z małymi wyjątkami, nie lubię historii o wybrańcu. Kimś, kto jest przepowiedziany, a na jego barkach spoczywa uratowanie całego świata. ...

Z małymi wyjątkami, nie lubię historii o wybrańcu. Kimś, kto jest przepowiedziany, a na jego barkach spoczywa uratowanie całego świata. Zdecydowanie bardziej wolę historie, gdy bohaterowie przez przypadek znajdują się w samym centrum wydarzeń i zanim się orientują, jest już za późno by się wycofać. Niektórzy z nich naturalnie odnajdują się w nowych rolach i wcale nie chcą z nich rezygnować, idą na przód niezależnie od wszystkiego. Innych przerastają coraz to nowe, coraz to gorsze wyzwania, chcą uciec, ale nie mają dokąd, a ucieczka też nie przynosi ukojenia. Bo cały świat o nich pamięta.

I pewnie dlatego, gdy dałam się w zeszłym roku namówić na The 100, przepadłam od razu. Wkurzając się, że jest coś takiego jak obowiązki, czy potrzeba snu, chciałam wiedzieć co wydarzy się dalej. A gdy przyszło czekać rok na kolejny sezon, poczułam wewnętrzny bunt, bo wcale nie chciałam opuszczać tego świata. Nie byłam na to gotowa. Ale na reszcie, możemy wrócić do postapokaliptycznej wizji przyszłości.

Całość ilustrują gify z mojej absolutnie ukochanej sceny.
Pomimo że wszyscy z Arki od dawna są już na Ziemi, a dowództwo teoretycznie zmieniło się na takie, jakie powinno być od początku, to Ziemianie zawsze widzieli to zupełnie inaczej. Dla nich to młoda Clarke i Bellamy, z którymi układali się od samego początku, zawsze będą dowódcami Ludzi z Nieba. Z tym, że Clarke nastawiona na ratowanie swoich ludzi, niezależnie od kosztów, w końcu przekroczyła granicę, której nie potrafi znieść. Zamordowanie z zimną krwią całej populacji MountWeather, zarówno tych winnych, jak i zupełnie bezbronnych dzieci, nie pozwoliło jej wrócić z pozostałymi do obozu Arki. Ucieczka wydała się jej jedynym rozwiązaniem. Zapomniała tylko o jednym: Ziemianie mają dziwny system wierzeń, który zakłada, że zabicie wojownika, przenosi jego umiejętności i siłę, na osobę, która go zabiła. A Clarke zabiła ludzi odpowiedzialnych za wieloletnie, bezkarne mordowanie i wykorzystywanie Ziemian. Stając się wbrew swojej woli Commander of Death.

Przyznam, że w tym wątku zastanawiają mnie dwie rzeczy. Pierwsza, dlaczego Clarke, gdy zorientowała się, że wszystkie plemiona Ziemian ją ścigają z powodu głupich wierzeń, nie wróciła do obozu Arki? Ja rozumiem, że stanięcie przed swoimi ludzi i spojrzenie im w oczy, dużo by ją kosztowało. Z tym, że większość z nich na pewno traktuje ją jako bohaterkę. Poza Jasperem, który przez działania Clarke stracił dziewczynę, którą kochał. Inna sprawa, że przyszłość mieli przed sobą średnią, ale to zastawmy na boku. Jednak ciągle uważam, że spojrzenie mu w oczy kosztowałoby ją dużo mniej, niż życie w bezkresnym lesie, z ciągłym oglądaniem się za siebie i brakiem pewności, czy dożyje jutra. Druga sprawa, to Bellamy, który przecież pociągnął za dźwignię razem z nią. Nie do końca rozumiem, dlatego Clarke wzięła całą winę na siebie. Poza tym, gdyby ona się wtedy wycofała, to wiem, że Bellamy zdecydowałby się zrobić to za nią. A skoro zrobili to razem, razem skazali tych ludzi na śmierć, to dlaczego uciekła od jedynej osoby, która może zrozumieć jej ból tym spowodowany?

W świecie, gdy nasi bohaterowie nie mają zbyt dużo powodów do jakiejkolwiek radości, takie beztroskie sceny, zaskakujące samych bohaterów, są po prostu cudowne.
Przeskoczymy teraz o wiele kilometrów dalej, do Jahy i Murphy’ego w Mieście Świateł. O ile lubiłam watek podróży do niego w drugim sezonie, tak gdy zobaczyłam w finałowym odcinku, czym jest owo Miasto, krzywię się na niego już od samego początku. I choć jestem ogromną fanką sceny, w której Murphy siedzi zamknięty w bunkrze przez trzy miesiące, powoli popadając w coraz większy obłęd, tak po prostu ten wątek mi nie leży. Co prawda nie znamy do końca planów, jakie ma A.L.I.E., inteligentny hologram, który sto lat temu zniszczył ziemię bombą atomową, a teraz zabiera się za dalszą część dawno wymyślonego planu. Tak po prostu nie kupuję tego wątku, zadbanego, porzuconego przed laty domu z wysoką sztuczną inteligencją. Wybaczcie, ale przez tyle lat, sprzęt sam się nie mógł zakonserwować i nie zepsuć, a tynk nie odpaść ze ścian. A o ile mi wiadomo, hologram raczej nie ma możliwości, żeby coś naprawić, bo uwaga, jest hologramem i przenika przez wszystko. W dodatku, okazuje się, że A.L.I.E. może pokazywać także poza domem, a nie tylko w nim. No przepraszam, ale jaki ten superkomputer ma zasięg, skoro hologram wsiada na łódź? Coś czuję, że albo wytłumaczą to w straszny sposób, albo w ogóle pominą próbę wytłumaczenia, jak to jest możliwe. Jedyne, co mi się podoba, to to, że Miasto Świateł w rzeczywistości jest hajem, jaki się ma po zażyciu narkotyku – a przynajmniej do tej pory wszystko na to wskazuje. Tylko, nie zdziwiłabym się, gdyby nabrał się na to młody Murphy, a nie Jaha. A tu się okazuje, że dzieciak, który zmuszony był do zabijania, zdradzenia swoich przyjaciół, poddany torturom, znienawidzony przez swoich własnych towarzyszy, zamknięty przez trzy miesiące w bunkrze, ma więcej rozsądku, niż gość, który był dawniej Kanclerzem Arki. Będę się na ten wątek krzywić tak samo mocno, jak krzywiłam się na transfuzje w drugim sezonie.

Uwielbiam, gdy są poprowadzone właśnie w taki uroczy i niewymuszony sposób. (Dobrze, uśmiech Boba jest tu najbardziej uroczy, ale cicho! Trzymamy się głównego tematu!)
Za to nie mogę się doczekać, gdy teoretyczny pokój pomiędzy Ludźmi z Nieba, a Ziemianami przestanie istnieć, a wydarzenia z premierowego odcinka wskazują, że skończy się bardzo szybko. Pomiędzy drugim, a trzecim sezonem przeskoczyliśmy o trzy miesiące, co i tak jest dużo jak na te dwie nacje żyjące obok siebie. O ile zwykli mieszkańcy Arki są przekonani, że to naprawdę jest pokój, tak dowództwo nie na najmniejszych wątpliwości, że jeden zły ruch, krzywe spojrzenie i cała iluzja spokoju zniknie. A ja nic nie umiem na to poradzić, że wojna pomiędzy nimi zawsze była moim ulubionym wątkiem.

Podoba mi się także pokazanie zrozpaczonego Jaspera, który stoczył się na samo dno, zabrał łopatę i kopie dalej. Pijaństwo, narażanie przyjaciół, napady agresji. Bałam się, że przejdą nad tym do porządku dziennego, zostawiając w niepamięci, jak bardzo przeżył śmierć swojej dziewczyny. Drugim wątkiem, który bardzo mnie ucieszył, to problemy zdrowotne Raven. Znów, twórcy mogli całkowicie pominąć to, że została poddana zabiegom w MountWeather. A Raven, która już w pierwszym sezonie miała pecha i straciła zdolność poruszania się bez wspomagania, nie mogła przecież nie odczuć tak poważnej ingerencji w organizm. To też będzie ciekawy, poboczny wątek, jak musi sobie poradzić z kolejnymi ograniczeniami swojego ciała, ledwo po tym, jak udało się jej znaleźć rozwiązanie i pogodzić z częściowym paraliżem nóg.

Tym bardziej, że wszyscy wiemy, że zaraz wydarzy się coś, co całkowicie zepsuje tę chwilę zapomnienia i radości.
Standardowo, jak w każdym sezonie, mamy coś, co sprawia, że zastanawiamy się, ale chwila, jak to jest możliwe? Detale, które niby nie wadzą, ale jednak w rzeczywistości nie miały by miejsca. I o ile podejrzewam, że ludzie z MountWeather mieli na stanie samochody, a także pewnie zapasy paliwa, które na pewno też potrafili sami wytworzyć (patrząc jak daleko byli posunięci w medycynie, to nie powinno dziwić). Dziwi za to co innego. Po pierwsze, jakim cudem oni tam mają takie drogi powycinane w tym lesie? Ja rozumiem jakiś kawałek, gdzieś, że Ludzie z Gór pewnie krążyli samochodami, ale oni też nie zapuszczali się jakoś szczególnie daleko od MountWeather. A nasi bohaterowie jadą gdzie chcą i jak daleko chcą po zadbanych, wyciętych drogach! Jeszcze wylejcie im tam asfalt, bo tylko tego brakuje. A druga, na którą zwrócił uwagę kolega, to… jakim cudem Ludzie z Nieba umieją prowadzić samochód? Mamy tu któreś pokolenie ludzi, którzy nigdy nie byli na Ziemi. Samochodów na Arce raczej nie mieli, tym bardziej miejsca, by uczyć się prowadzić. A jednak jeżdżą, jakby było to najbanalniejsze na świecie. Taki detal. Niby nie przeszkadza w oglądaniu, mamy świadomość, że jest prawdopodobnie niezbędny do dalszej akcji (bo inaczej przedzieranie się przez lasy zajmowało by im wiele dni), a jednak sprawia, że w głowie rodzi się pytanie: ale jak?

Nic nie zmienia jednak faktu, że niezmiernie cieszę się, na powrót The 100. Jest to jeden z najlepszych seriali, jakie przyszło mi oglądać, z bohaterami z krwi i kości, którzy zachowują się tak, jak większość z nas by się zachowywała w ich sytuacji. I tylko szkoda, że oglądam ich już na bieżąco i każdy z odcinków dzieli tydzień czekania.

Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze