Uważaj na National Theatre Live, bo zakochasz się w brytyjskim teatrze

by - piątek, listopada 14, 2014

Potrzebowałam kilku dni na ochłonięcie, ale tak naprawdę nadal przeżywam, to co zobaczyłam. Wiecie, każdy choć raz w życiu był w teatrze i niby wiemy czego się spodziewać. Tym bardziej, że tak naprawdę, tym razem nie byłam w teatrze, a w sali kinowej, gdzie oglądałam transmisję sztuki teatralnej z National Theatre w Londynie. Mogę już teraz powiedzieć, że jednym z moich największych marzeń, jest znaleźć się na widowni i obejrzeć to wszystko na żywo. Za każde pieniądze.
źródło
Dzięki mądrym osobom z National Theatre, możemy obejrzeć retransmisje ich najlepszych spektakli, a jest to wygodne z dwóch prostych powodów. Po pierwsze, nie każdego stać, by pojechać do Londynu, a i tempo kupna biletów niejednokrotnie powala na kolana (jeżeli chcielibyście obejrzeć przyszłorocznego Hamleta to... no cóż, nie obejrzycie, bo bilety rozeszły się natychmiast). Po drugie, czas wystawiania jest stosunkowo krótki. A wszystko przez to, że grają tam często czołowi aktorzy brytyjscy, rozchwytywani na całym świecie. Tacy jak Tom Hiddleston (jako Coriolanus), Benedict Cumberbatch (grający tytułowego Frankensteina, i w przyszłorocznym Hamlecie), czy Kenneth Branagh (grający Makbeta).

I tak, nie będę ukrywać, że do pobiegnięcia na transmisję Frankensteina skusiło mnie nazwisko Benedicta w obsadzie, ale co złego jest w poznawaniu kariery ulubionego aktora? Przeżyć tylko nie mogę, że przegapiłam Coriolanus z Tomem, i mam nikłą nadzieję, że jeszcze będzie on transmitowany. Na Frankensteina wyciągnęłam ze sobą Lajlę (której namówienie trwało jakąś minutę) i dobrze, bo nie wyglądałam głupio, oglądając wszystko z otwartą buzią. Znaczy, nie wyglądałam głupio sama.
Źródło
I choć wstęp zrobiłam dłuży niż musiałam, nadal nie wiem od czego zacząć. To może od tego, co bombardowało mnie w każdej scenie, i co sprawiło, że do dziś nie mogę uwierzyć, że da się zrobić taką sztukę na żywo. Bo wiecie, niby wiadomo, że są ruchome sceny itd, wiele widowisk z tego korzysta. Ale gdy widzi się tempo, w jakiej zmienia się to wszystko, nie można powstrzymać się od mimowolnego "wow". Gdy w jednej chwili na scenie mamy pociąg, który przed chwilą wjechał z wielkim impetem, a w następnej z sufitu zjeżdża domek z dachem, przeźroczystymi ścianami i całym asortymentem, by zaraz wyjechać z powrotem i być zastąpionym pokojem wyjeżdżającym, dla odmiany, z podłogi, czy jeziorem z mostami, a całe wymiany scenografii trwają jakąś... minutę. Minutę, w trakcie której na małym fragmencie sceny, stoi oświetlony aktor, by odwrócić naszą uwagę. Gdy łapiesz się na tym, że sprawia to wrażenie niemal filmowe, bo jest tak niezauważalne jak cięcia w filmie i tak płynne, jak filmowe przejścia pomiędzy lokacjami. Gdy widzi się miliony żarówek, tworzących niesamowitą instalację, albo choćby widownię, która nie jest oddzielona od aktorów podwyższoną sceną, a siedzi na jej poziomie i tak naprawdę, to ona wyznacza jej koniec. A kulminacją wszystkiego było moje pytanie, które podczas oglądania zadałam Lajli:
- Czy ja tam widzę chmury?
Lajla spojrzała na mnie wielkimi oczami i tylko kiwnęła głową. Bo jej też brakło słów. Bo tak, umiejętnie puszczony pod sufitem dym, odpowiednie światło i ta-dam: na scenie mamy pochmurną noc z księżycem w pełni. Taką samą, jaką widzimy codziennie za oknem.
Źródło
I gdybym mogła poprzestać nad samymi zachwytami nad ruchomą sceną, a zacząć psioczyć tu na aktorstwo, to może byłaby jakaś równowaga we wszechświecie. Ale takiej równowagi nie ma. Aktorzy byli cudowni, zarówno ci najmłodsi, jak i ci doświadczeni.

Jonny Lee Miller w roli Potwora, powalił mnie dosłownie na kolana. Choć tu zrobię może małą dygresję. Często następuje pomyłka i przypisuje się, że potwór nazywał się Frankenstein. Tak naprawdę, Potwór nie miał imienia, a Wiktor Frankenstein to doktor, który go stworzył. Wracając do Millera. Przez cały spektakl nie mogłam się nadziwić, o jakich detalach ciągle pamięta. O tym, że Potwór nie mówi wyraźnie, że się ślini i są dla niego słowa trudniejsze i te prostsze. O tym, że kuleje, że ręce muszą być niby sprawne, ale jednak trzymane nie do końca w naturalny sposób. O tym, że w pierwszych scenach jest bardzo nieporadny, a w końcowych nauczył się wielu rzeczy i pomimo że nie zyskuje takiej sprawności jak otaczający go ludzie, to widać ogromny postęp. I w tym postępie nie było żadnego nagłego przeskoku. W każdej scenie po kolei pokazywał nam, jak Potwór się uczy, zyskuje nową wiedzę, staje się powoli coraz sprawniejszy. Jonny umiejętnie przedstawił wewnętrzne rozdarcie Potwora: z jednej strony chce być dobry, szuka przyjaźni i miłości, a z drugiej, nie potrafi zapanować nad gniewem, zemstą, nie ma wewnętrznych hamulców. Zdaje sobie sprawę, że to co robi jest złe, ale za nic nie potrafi tego powstrzymać. Miller stworzył postać, która z jednej strony napawa lękiem, ale której niesamowicie nam żal. Chciałoby się jej pomóc i otoczyć opieką.
Źródło
W Wiktora Frankensteina wcielił się Benedict Cumberbatch. Widać, że przyjemność sprawia mu granie odizolowanych socjopatów, bo doskonale bawił się grając doktora, którego życiowym celem jest ożywienie martwego człowieka. A może raczej, stworzenie nowego życia, zabawienie się w Boga. Całkowicie kupiłam zaskoczenie i panikę, z jaką wiązał się udany eksperyment. A samo odizolowanie się od świata Frankesteina, nie tylko dodawało wątek dramatyczny, ale i wiele możliwości komediowych, jak pierwsze sceny pomiędzy Wiktorem a jego narzeczoną. Benedict również zadbał, by rozwój jego postaci był zauważalny, choć musiał pozwolić Wiktorowi stoczyć się na samo dno, by w końcu zrozumiał, jak wiele zaprzepaścił swoim egoizmem i dążeniem do nieśmiertelnej sławy.

Najważniejsza była jednak chemia pomiędzy Cumberbatchem a Millerem. Aktorzy doskonale się dogadywali, widać było, że ufają sobie nawzajem. Stworzyli zgrany i dobrze działający duet, który z chęcią obejrzałabym raz jeszcze, ale w innej wersji. Bo istnieje jeszcze druga wersja tego spektaklu, gdzie zamieniają się oni rolami. Benedict wciela się w Potwora, a Jonny w Frankesteina. Z przyjemnością obejrzałabym ich interpretacje tych postaci.


Cala historia nie była też po prostu opowiastką o tym, jak szalony doktor stworzył potwora. Nick Dear, autor scenariusza opartego o powieść Mary Shelley, postarał się, by przemycić coś więcej. Nie ganił nas jednak otwarcie, zostawiał raczej wiele do przemyślenia widzowi. A było się nad czym zastanawiać: od naszej tolerancji do inności, poprzez brak wdzięczności, niedocenianie tego co się ma, czy silnej chęci zemsty. Reżyser Danny Boyle przeniósł te zagadnienia śpiewająco, wiele z nich wynikało nie tyle z rozmów, co z samego zachowania się bohaterów. Fantastyczne było to, jak wszystkie zachowania społeczności warunkowały rozumienie świata i przyszłe motywacje Potwora. Weszłam obejrzeć spektakl o najsłynniejszym doktorze i jego eksperymencie, obejrzeć przeniesioną na deski teatru pierwszą powieść science-fiction, a dostałam niejednoznaczną historię o nas samych. Czy można oczekiwać czegoś więcej?

Ps. Co na Was zrobiło ostatnio tak duże wrażenie? Czy są sztuki teatralne, na które bardzo chcielibyście się wybrać?


Fajnie, że jesteś!

Będzie mi bardzo miło, jeżeli zostawisz po sobie ślad, nawet mały. Może to być zwykły uśmiech w komentarzu lub gotowa reakcja z Disqusa. Świadomość, że tu jesteście i czytacie, jest dla mnie największą motywacją do pisania.



Bałagan lubi lajki!


Przeczytaj też:

0 komentarze