Advertisement

Main Ad

Nie ma drugiego takiego serialu, czyli The Expanse (bez spolierów)

 

Do The Expanse wróciłam po latach. Obejrzałam pierwsze dwa sezony na Netflixie, zachwycając się nowo powstałym serialem sci-fi. Ale ponieważ tworząca go niewielka stacja postanowiła serial anulować po trzecim sezonie (który chyba nigdy na Netflixie się nie pojawił) siłą rzeczy straciłam go z oczu. Wiedziałam, że po protestach fanów serial przejął Amazon, ale w tamtym momencie był zdecydowanie poza moim zasięgiem. Teraz w końcu mogłam nadrobić trzy zaległe sezony i… no cóż, trudno w słowach opisać szczęście fanki, która nie tylko serial odzyskała, ale Prime Video zrobił go jeszcze lepszym, niż był oryginalnie.

(Recenzję można przeczytać, bez znajomości The Expanse, nie ma tu niczego zdradzającego fabułę. Zamiast komentowania ostatnich sezonów, postanowiłam na nowo zarekomendować serial).


Wracając do oglądania, pamiętałam niewiele, więc uruchomiłam finałowe odcinki sezonu drugiego, żeby odnaleźć się na nowo w akcji. Okazało się – ku mojemu zaskoczeniu – że doskonale rozpoznaję nawet bohaterów drugoplanowych i jednak pamiętam, o co chodziło. Mimo to klimat serialu od razu tak mnie pochłonął, że nie przeskoczyłam do przodu. Nie chciałam przewijać ani sekundy.

Klimat The Expanse jest trudny do wyjaśnienia, ale myślę, że każdy, kto go ogląda, natychmiast się ze mną zgodzi, że nie chce opuszczać się tego świata. W klimacie mieści się charakterystyczne oświetlenie wnętrz statków, z jednej strony zimne, z drugiej – gdy już jesteśmy związani z bohaterami – dziwie domowe i znajome. Na klimat serialu składają się wszystkie relacje między bohaterami, a te bywają mocno skomplikowane. Na klimat składa się w końcu trudna (i równocześnie znajoma) polityka międzyplanetarna, ciągle napięcie między Ziemią, Marsem i Pasem asteroid. A to wszystko jest ze sobą ściśle powiązane, wpływa na siebie nawzajem.

Gdy oglądam skolonizowany Mars, trudno mi uciec od myśli, że być może tak to właśnie będzie wyglądać. W 2016 nie zastanawiałam się nad tym dużo, ale teraz, gdy ludzkość patrzy na Mars coraz poważniej, ba powstają już projekty prototypów pierwszych kolonii, nie da się uciec od przekonania, że w pewien sposób jest to serial proroczy.


Bo nie snuje on pięknej wizji. Marsjanie od pokoleń pracują na tym, by ich planeta stała się przyjaźniejsza i zazdroszczą ziemianom ich swobodnego poruszania się po powierzchni. Nakierowani są na rozwój, każdy członek społeczności ma być „dobrym Marsjaninem” i wpływać na rozwój planety.

Ziemia z kolei nie jest najszczęśliwsza z faktu, że Mars już dawno przestał być kolonią, którą w jakiś sposób kontrolują. To trochę jak z Europą i Ameryką. W pewnym momencie podbita Czerwona Planeta musiała stać się niepodległa. Obie planety żyją w ciągłym napięciu, konflikcie, który nawet gdy zakopany politycznie, ciągle wisi gdzieś w powietrzu.

W tym wszystkim mamy jeszcze pas asteroid i mieszkającym na nim Pasiarzy. Ludzi wydobywających surowce naturalne i będący pod pełną kontrolą obu planet. Nawet w kosmosie istnieje wyzysk i jedni dorabiają się na drugich.

Dodajmy do tego, tajemnicze kosmiczne „coś”, którego zrozumienie i opanowanie pozwoli zdobyć niesłychaną przewagę militarną.

I mamy mieszankę, która może w każdej chwili wybuchnąć.


Twórcy doskonale potrafią to wykorzystać. Dostajemy zbieraninę bohaterów, którzy w żadnym innym czasie i miejscu nigdy by się nie zeszli, i nie zaprzyjaźnili. Jest to ten typ postaci, który lubię najbardziej. Nie są niczemu przeznaczeni, nie są wielkimi wybrankami losu, nie są też gotowi na to, co ich czeka. Ale wpadają w przypadkową sytuację, która prowadzi do następnej i kolejnej, aby nieoczekiwanie stać się jednymi z najważniejszych graczy w całej rozgrywce. Nikt już ich nie pyta, czy tego chcą, a oni nie za bardzo mogą się już wycofać. Albo zwyczajnie nie widzą już innego wyjścia, byle przeć do przodu i starać się robić wszystko, jak należy.

Jestem też zafascynowana, jak doskonale przeprowadzona jest tutaj polityka i jaki ma faktycznie wpływ na to, co się dzieje. To pod tym względem najbardziej widać, jak serial dojrzał i zyskał z każdym kolejnym sezonem. Nie mamy tutaj po prostu biegania z miejsca na miejsce, byle by bohaterowie coś robili. Wszystko ma swoje konsekwencje, stawka jest bardzo konkretna, a każda strona ma swoje racje, które rozgrywa w różny sposób.


The Expanse nie lekceważy też tego, co wiemy o kosmosie i stanie nieważkości oraz wszystkim możliwych przeciążeniach. Podczas gdy w Gwiezdnych Wojnach w nadprzestrzeń wchodzą sobie bez żadnych problemów, tutaj duże przyspieszenie wymaga wprowadzenia do organizmu specjalnego „soczku”, który pomaga przetrwać przeciążenia. A nawet z nim, każda taka akcja jest obarczona groźbą udaru i mogą oni przebywać w takim stanie tylko przez określony czas. W stanie nieważkości wszelkie krwotoki są śmiertelnie niebezpieczne, ponieważ nad krwią nie da się wtedy zapanować, odpowiednio jej odprowadzić, czy zatrzymać.

Każda komunikacja wiąże się z opóźnieniem, bo musi pokonać setki kilometrów. Więc nie ma tu rozmów na żywo, są nagrywane głosowe wiadomości. Takie detale sprawiają, że serial przestaje być czystą fantazją. Czy zawsze jest w 100% zgodny z nauką? Fizycy i naukowcy z NASA zapewne powiedzą, że nie. Ale dla większości z nas, to przecież wystarczy.


Ale nie tylko tło polityczno-społeczne jest mocną stroną serialu. Fabuła pamięta nie tylko o tym, by bohaterowie mieli co robić, ale także o ich rozwoju. Nie tylko sami się rozwijają i zmieniają, ale tak samo dzieje się także z relacjami pomiędzy nimi. Im dalej w serial, z tym większym zaskoczeniem odkrywamy, jak daleko zaszli i jak bliscy się sobie stali. To, co mnie osobiście urzekło, to powolne odkrywanie ich przeszłości. The Expanse nie zdradza jej nam już w pierwszym sezonie, mało tego, ogromną część odkrywamy dopiero w sezonie piątym. Sprawia to, że nie tylko historia jest bez przerwy interesująca, ale i nasze nastawienie, jako widzów, bardzo się zmienia. Dla mnie takim doskonałym przykładem jest Amos, który na początku był bohaterem, co do którego miałam mocno mieszane uczucia. I nie wiem kiedy, stał się jedną z postaci, za którą najbardziej trzymam kciuki.

Twórcy nie traktują też widzów, jak idiotów. Nie tłumaczą, kiedy bohaterowie są w stanie nieważkości, a ci nie bawią się w zbędne wyjaśnianie sobie świata. Raz zostało pokazane, jak magnetyczne buty utrzymują ich na podłodze, gdy wszystko lata dookoła? Więcej zastanawiać się nad tym nie będziemy, charakterystyczny dźwięk ich uruchamiania powie widzowi wszystko. Nie będziemy tłumaczyć, jak Mars się zmienił od czasu ostatniej wizyty Alexa. Pokażemy zamknięte sklepy i mieszkania na wynajem. Technika jeżeli możesz coś pokazać, to pokaż, a nie mów działa tutaj doskonale.

The Expanse jest po prostu dobrą opowieścią, która rozwija się na różnych równoległych płaszczyznach, a te wpływają na siebie nawzajem. Nic nie pozostaje tu bez echa. Chłonęłam klimat tego serialu jak zaczarowana i z jednej strony żałuję, że przed nami ostatni sezon. Z drugiej strony, cieszę się, że będzie schodził ze sceny na – wszystko na to wskazuje – bardzo dobrym poziomie i z radością będę do niego wracać.

Na razie, wykorzystując między sezonową przerwę, będę próbowała wracać do książki. Kilka lat temu porwałam się na cykl w oryginale i nie ukrywam, trochę mnie przerósł. Ale serial sprawił, że chcę podjąć wyzwanie raz jeszcze (no i znam już lepiej angielski, więc powinno być łatwiej).

A Wam mocno polecam zanurzenie się w tym świecie. Mało jest porządnych i dobrych space oper. To jest jedna z nich.

Prześlij komentarz

0 Komentarze