Cenimy tylko multitasking

by - sobota, kwietnia 08, 2017

Wierzę, że są osoby, które umieją robić milion rzeczy na raz i wszystkie robią dobrze. Ja nie jestem jedną z tych osób, a tzn. multitasking sprawdza się u mnie tylko wtedy, gdy obie rzeczy nie są wybitnie skomplikowane, jak oglądanie serialu i malowanie paznokci, czy słuchanie podcastu i sprzątanie. Problem pojawia się, gdy trzeba zrobić ważną prezentację, równocześnie załatwiać inną ważną sprawę przez telefon i czytać maila z kolejną istotną rzeczą na wczoraj.

Finalnie robię wszystko, nie robiąc tak naprawdę niczego –  mając świadomość, że niczego nie skończę, a już na pewno, nie porządnie i tak jak trzeba. Lista zadań jest w tym przypadku przydatna. Ale gdy rośnie, zamiast maleć, mam ochotę wsadzić ją do szuflady z nadzieją, że czarodziejsko zniknie.

Co innego, gdy mogę odznaczać każdą rzecz po kolei, punkt po punkcie, koncentrując się na niej i poświęcając jej sto procent swojej uwagi. Wtedy jest czas i możliwość, żeby nawet trudne zadania, rozłożyć na czynniki pierwsze i pomyśleć jak je ugryźć.

Multitasking nie tylko nie pozwala zastanowić się, jak dany problem rozwiązać, ale każe gryźć wszystko na raz, przerzuć na szybko, połknąć a finalnie i tak całość wyląduje na dywanie. W jednym solidnym porzygu siwych włosów, nerwicy i nieprzespanych nocy. I czasem trzeba, jasne, że tak, życie nie czeka i nie pyta, czy już skończyłeś i możesz zrobić coś innego.

Szkoda tylko, że pomimo głośnego mówienia o tym, jak życie w pośpiechu i stresie jest niezdrowe, wręcz niebezpieczne, pomimo wzrastającej popularności slow life, work-life balance, czy jak chcecie to nazwać – chwalenie się, że robi się tysiąc rzeczy na raz i śpi dwie godziny na dobę, nadal jest uznawane w społeczeństwach za cnotę.

I jasne, szef wymaga i pracy tyle, że zabieramy ją do domu, a tu jeszcze rodzina i dzieci, wszystko trzeba jakoś ogarnąć. Tylko ile z tych zadań musi być faktycznie wykonane na już, a co można odłożyć, bo świat nie tylko się nie zawali, ale ich nie zauważy ich braku?


W dodatku żyjemy w cudownych i jednocześnie trudnych czasach. Nigdy wcześniej człowiek nie był atakowany przez tak wiele zewnętrznych bodźców równocześnie, bombardowany milionem informacji. Nigdy wcześniej nie był na wyciągnięcie ręki wszystkiego i wszystkich, niezależnie, gdzie się znajduje.

Praca zdalna, która miała być ułatwieniem w pewnych zawodach, stała się zabieraniem etatu do domu. Po przepracowaniu 8 godzin w biurze. Jeszcze, żeby to wynikało z własnej woli pracownika — ale nie, szef wielokrotnie wymaga, by tak było. A współpracownicy patrzą krzywo, gdy ktoś się z tego schematu wyłamuje.

Technologia uczyniła nasze życie rozkosznie prostym, a równocześnie, psychicznie dużo bardziej skomplikowanym. Ciągle przetwarzamy i mniej lub bardziej świadomie, wybieramy to, co wydaje się dla nas istotne. Lub odpuszczamy całkowicie, pozwalając światu wybrać za nas, jakie informacje będą do nas docierać.

Są momenty w życiu, gdy nie ma rady – trzeba zapieprzać. Wycisnąć z siebie wszystko. Tylko coraz częściej momenty zamieniają się w lata, a wręcz w całą karierę zawodową, dopchaną życiem prywatnym, w którym nie ma czasu na sen. Bo z Instagrama wiemy, że w życiu prywatnym też powinniśmy robić tysiąc rzeczy, nie można po prostu leżeć i czytać, oglądać serial, albo po prostu spać.

A my ciągle udowadniamy, że damy radę. Da się zrobić. Nie ma problemu.


Warto?


Fajnie, że jesteś!

Będzie mi bardzo miło, jeżeli zostawisz po sobie ślad, nawet mały. Może to być zwykły uśmiech w komentarzu lub gotowa reakcja z Disqusa. Świadomość, że tu jesteście i czytacie, jest dla mnie największą motywacją do pisania.



Bałagan lubi lajki!


Przeczytaj też:

0 komentarze