Król lew czy Marvel? Czyli Czarna Pantera.

Nie będę ukrywać - bardzo czekałam na Czarną Panterę. Zwiastuny były cudowne, Wakanda prezentowała się hipnotyzująco. Więc gdy wyszłam z kina czując rozczarowanie, nie mogłam długo zrozumieć dlaczego. Tym bardziej, że wokoło same głosy zachwytu.

I długo się zastanawiałam, co sprawiło, że film mi nie podszedł. Bo jestem na jednym wdechu gotowa wymienić wszystkie jego zalety.

Czarna Pantera zaczyna się od powrotu księcia Wakandy, T'Challa. Po śmierci ojca musi objąć tron, na który nie czuje się gotowy. Na jego głowę spada nie tylko ochrona Wakandy, ale także decyzja, czy kontynuować dotychczasową politykę i ukrywać swoje królestwo przed światem, czy wyjawić jego sekrety. Wakanda jest dobrze ukryta, świat widzi w niej niezbyt dobrze rozwinięte afrykańskie królestwo. Gdy w rzeczywistości posiada ona technologię, o której nie śniło się samemu Starkowi.


Dzięki temu, że o królestwie T'Challa nie wiemy nic, zostajemy wrzucen w całkowicie nowy świat. Kolorowy, pełny tradycji, gdzie obrzędy przejmowania władzy funkcjonują tuż obok nowoczesnych rozwiązań technologicznych, czy medycyny, która z naszego punktu widzenia przypomina wręcz magię. I trzeba przyznać, że twórcy naprawdę usiedli i przemyśleli ten świat, czerpiąc dużo z afrykańskich tradycji, ukazując je w strojach bohaterów, obrzędach, podziale klasowym. Jest to świat, który przyjemnie się poznaje - tym bardziej, że w przeciwieństwie do Asgardu, jest tu na ziemi, jest nasz, bliski naszym problemom, naszym konfliktom, naszej ziemskiej polityce.

A w tym wszystkim dodajemy charyzmatyczne postacie, tak bardzo, że niestety T'Challa wypada na ich tle bardzo blado. W ogóle Czarna Pantera pod kątem dobrania bohaterów, jest kinem przełomowym. Żyjemy w XXI wieku, i wydawać by się mogło, że film, który obsadza głównie czarnoskórych aktorów, w dodatku większy nacisk kładący na czarnoskóre bohaterki, które nie służą fabularnie by wzdychać i mdleć na widok księcia, nie powinien nikogo dziwić. Tymczasem wszystko co opisałam wyżej, jest w kinie przełomem. Zaczynając od koloru skóry aktorów, po ich płeć. A już łącząc kolor skóry z płcią - toż to wydaje się nie do pomyślenia.


Niestety, o ile sam film pod tym względem jest przełomowy i udowadnia, że można pisać ciekawe postaci kobiece, niebędące dodatkiem do mężczyzny, tak nie oczekiwałabym po nim wielkich zmian w kinie. Choćby wystarczy spojrzeć na jego promocję - jak zestawienie plakatów w polskich kinach, pokazujących tylko bohaterów męskich. Którzy w filmie odgrywają drugorzędną rolę.

Moje, i patrząc po reakcjach internetu, nie tylko moje serce skradła Shuri, siostra głównego bohatera. Odgrywająca ją Letitia Wright ma w sobie tak cudowną lekkość, bawi się rolą i my doskonale bawimy się razem z nią. Letitia jest utalentowana, zabawna i śliczna. Mam nadzieję oglądać ją w kinie częściej i więcej. Co więcej, Shuri jest tu ekspertką od wynalazków technologii. Film ustami jednego z bohaterów zgrabnie wytyka ten zabieg: odkrycia technologiczne zależą od młodej dziewczynki. Jednak scenariusz pamiętał o tym, by pokazać, że Shuri naprawdę zna się na rzeczy. Jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Równie charyzmatyczna i wnosząca zarówno komediowy wątek, jak i moralny - czemu być wiernym, przyrzeczeniu bronienia obecnego władcy; czy temu, które uznaje się za prawowitego - jest Okoye, grana przez Danai Gurira. Oddana wojowniczka, przywódczyni straży królewskiej. Wierzcie mi, nie chcielibyście by stanęła na waszej drodze.


Dużo radości sprawiło patrzenie na spotkanie starych przyjaciół: Bilba i Golluma. Znaczy, Martina Freemana i Andy'ego Serkisa. Zamknięcie ich razem w pokoju przesłuchań na konfrontację było doskonałym pomysłem. Ja naprawdę słyszę scenarzystów: a teraz sprawmy, by fani Hobbita zapiszczeli na sali kinowej. Tym bardziej, że obydwaj aktorzy nie tylko doskonale czują się w swoim towarzystwie, ale zdecydowanie dostali pozwolenie na zabawę swoimi bohaterami. Szczególnie Andy musiał usłyszeć: rób co chcesz. I robi.

Wspominałam, że T'Challa wypada nijako i jest to dość zaskakujące, biorąc pod uwagę, jak ciekawego przeciwnika ma w filmie. Z reguły Marvel umie doskonale napisać głównych bohaterów, za to zapomina dać im przeciwnikom jakieś rozsądne motywacje, przeszłość, cokolwiek. Tutaj udało im się to tak dobrze, że Erik Killmonger nie tylko skutecznie przyciągał wzrok, ale stworzył charyzmatycznego gościa, ze swoimi racjami i prawami. Tak naprawdę, gdyby w pewnym momencie nie stał się radykalny w swoich poglądach, myślę, że większość opowiedziałaby się za nim.

 

Ale ciągle chwalę Czarną Panterę, co więc poszło nie tak?


Już mówię. Scenariusz. Dokładnie druga połowa filmu. Nasi bohaterowie szykowali się do przeszkodzenia Killmongerowi w swoich zamiarach, co nagle zamieniło się w walkę finałową. Zareagowałam na to dokładnie: ale jak to, to to ma być finał? Bez żadnego planu obalenia nowego króla? Tak... po prostu?
W dodatku, o ile przez większą część filmu efekty specjalne nie raziły tak bardzo, tak walka finałowa była po prostu rozczarowująca. Zielony ekran praktycznie tam widać, a choreografia walki, no cóż, nikt się do niej szczególnie nie przyłożył. Ot, dwa kotki od czasu do czasu na siebie skaczące.

I tak wyszłam z kina z poczuciem, że ktoś pokazał mi fajny świat, bardzo ciekawych bohaterów, ale prócz zaciekawienia ogólną kreacją, nie dał mi niczego więcej.

I bardzo bym chciała krzyknąć razem z innymi, że Czarna Pantera jest najlepszym filmem Marvela. Ale nie jest. Jest filmem średnim. Z wieloma wspaniałymi zabiegami. Jednak ciągle średnim.

Ps. Czarna Pantera momentami do złudzenia przypomina Króla Lwa. Ciekawa jestem, jak bardzo był to celowy zabieg.