Szalona The Umbrella Academy (bez spoilerów)

by - czwartek, lutego 21, 2019


Uruchamiając The Umbrella Academy, nie wiedziałam czego do końca się spodziewać. Nie znam oryginału komiksowego, nie miałam więc pojęcia, co to za świat. Po czym jak zahipnotyzowana uruchamiałam odcinek po odcinku.

Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość

Nie będę zdradzać zwrotów akcji, ale jednak zarysować wydarzenia wypada. Żadna z informacji nie zdradza istotnych rzeczy z fabuły serialu.

Naszymi głównymi bohaterami są niezwykłe dzieci – urodzone tego samego dnia o tej samej godzinie. Co w tym niezwykłego, zapytacie? Przecież na całym świecie mnóstwo dzieci tak się rodzi. Niezwykłość polegała na tym, że ich matki na sekundę przed porodem jeszcze nie były w ciąży.


Ekscentryczny milioner Sir Reginald Hargreeves (Colm Feore) postanawia odnaleźć jak najwięcej z nich. Udaje mu się odnaleźć siódemkę, którą zabiera od rodziców i wychowuje. Ale jeżeli w tym momencie myślicie, że polecam wam kolejne origin story i będziecie oglądać, jak młodzi uczą się być prawowitymi superbohaterami, to… nic z tych rzeczy.

Naszych bohaterów poznajemy po latach, gdy jako dorośli ludzie z powrotem zjeżdżają się do Akademii, na pogrzeb swojego przyszywanego ojca. A jest to zbieranina, którą trudno posądzić o bycie książkowymi superbohaterami.

Serial sprawnie przeplata między sobą wydarzenia obecne, przeszłość bohaterów oraz skoki w czasie i wydarzenia z przyszłości.  I co jeszcze bardziej zaskakujące – wszystko od początku do końca ma ręce i nogi. A nie jest to częsty widok przy zabawach z czasoprzestrzenią.


Sponiewierani życiem

Nasi bohaterowie wyrastali w mało przyjemnej atmosferze. W przeciwieństwie do szkoły X-menów, gdzie mutanci przede wszystkim mieli czuć się bezpiecznie i nauczyć spokojnie władać swoimi mocami, tutaj mało rzeczy miało związek z bezpieczeństwem.

Sir Reginald Hargreeves koncentrował się przede wszystkim na tym, by wyszkolić swoich podopiecznych na obrońców ziemi przed hipotetycznym końcem świata. Tak bardzo, że nie nadał im żadnych imion, tylko numery, a wychowanie bardziej… hmmm… emocjonalne przekazał robotowi. I jeżeli nauka miała wiązać się z zamykaniem w ciemności i zmuszaniem podopiecznych do traumatycznych przeżyć, to nie Sir Reginald dokładnie to robił.

Nic więc dziwnego, że zamiast drugiego Kapitana Ameryki, dostaliśmy bandę rozstrojonych nerwowo dorosłych.


Numer Jeden, Luther (Tom Hopper) to ten niezwykle silny, który został poniekąd wyznaczony na lidera. I bardzo wziął sobie to do serca. Tak bardzo, że jako ostatni został i próbował wykonywać każdy rozkaz przybranego ojca. Serial doskonale odkrywa przed nami, jak w dużym ciele jest mały chłopiec, który starał się tylko dorównać wymaganiom i niczego nie kwestionować. Chłopiec wykorzystany do cna.


Numer dwa, czyli Diego (David Castañeda) również dobrze zapamiętał lekcje ochrony świata przed złem. Ale postanowił robić to sam, na własną rękę. Trochę próbował pracy w policji, a potem postanowił zostać swego rodzaju Daredevilem na dzielni. Umiejętnie bawi się nożami, a może raczej, to noże grzecznie go słuchają i zawsze dolatują tam, gdzie trzeba – nawet jak kilka razy po drodze muszą zmienić kierunek.


Numer trzy, Allison (Emmy Raver-Lampman) olała całe ratowanie świata i zajęła się karierą aktorską. Jest w rozpadającym się związku i walczy o możliwość widywanie się ze swoją córeczką. Jest jedną z tych, której super moc zniszczyła życie. Talentem Allison jest bowiem rozsiewane plotek. Takich, które natychmiast się sprawdzają. Jako dorosła kobieta już od dawna nie jest pewna, ile w życiu faktycznie sama osiągnęła, a ile tylko dlatego, że miała taką super moc.


Numer cztery, Klaus (Robert Sheehan) ma chyba najbardziej tragiczną z możliwych umiejętności. Może porozumiewać się ze zmarłymi. Co sprawia, że zastajemy go jako dorosłego w wiecznym cugu ćpania i picia, byleby nie słyszeć gadania umarlaków. Jest równocześnie najbardziej wyluzowanym z całej siódemki (procenty na pewno mają w tym jakiś udział) oraz regularnie brany za kretyna, nawet gdy ma rację.


Numer pięć, który nigdy nie nadał sobie imienia (Aidan Gallagher). Nie jest żadnym spoilerem, gdyż mamy to na zwiastunach, że Numer Pięć dzięki swoim mocom przeniósł się w czasie i odkrył dzień, w którym nastąpiła apokalipsa. Gdy po latach odkrywa w końcu jak wrócić, nie udaje mu się to idealnie i zostaje pięćdziesięciolatkiem uwięzionym w ciele nastolatka.


Numer siedem, Vanya (Ellen Page), to jedyna z „rodzeństwa”, nieposiadająca mocy. Jest usposobieniem depresji, niewidzialna dla otoczenia. Zawsze odpychana na bok przez utalentowane rodzeństwo oraz ojca. Średnia skrzypaczka marząca, by w czymkolwiek odnieść sukces, a równocześnie, trochę świadoma, że nigdy się to nie zdarzy.

Jeżeli chcecie krzyknąć, że pominęłam Numer Sześć, to macie rację. Ale dlaczego to zrobiłam, musicie już dowiedzieć się z serialu.


Co ważne, każde z rodzeństwa dostaje odpowiednio dużo czasu ekranowego. Każdy z nich przebywa pewną drogę i w ostatnim odcinku nie są już tymi samymi osobami, jakie poznaliśmy na początku (choć nie oznacza to, że są wolni od swoich demonów). Przy takim nagromadzeniu bohaterów łatwo byłoby skoncentrować się na dwóch, czy trzech i resztę pominąć. W każdym odcinku jednak trochę kto inny gra pierwsze skrzypce, dzięki czemu z łatwością zaprzyjaźniamy się z każdym z nich (i każdego z nich żałujemy równie mocno).

Aktorstwo! Muzyka! Zdjęcia!

The Umbrella Academy aktorami stoi. Wystarczy spojrzeć, że na liście mamy Ellen Page, by wiedzieć, że to nie są przelewki. Ale nie ona jedna tam błyszczy.


Robert Sheehan w roli Klausa to prawdziwe mistrzostwo świata. Jego mimika, ton głosu, sposób poruszania się są tak świeże i cudowne, że mam ochotę rzucać w niego nagrodami. Robert gładko przechodzi od postaci, która ma pełnić rolę wstawek komediowych, do scen, które wymagają od niego dramatyzmu i pokazania, jak rozbity wewnętrznie jest Klaus.


Moim drugim odkryciem (i chyba nie tylko moim) jest Aidan Gallagher. Przed nim stanęło nie lada wyzwanie. Chłopak ma dopiero 16 lat, a przyszło mu zagrać 50-letniego zniszczonego życiem w samotności faceta. I gra go perfekcyjnie. To, jakie robi miny gościa rozczarowanego światem, jak przewraca zdegustowany oczami, jak zgorzkniałym tonem odpowiada na każde pytanie – mamy tu perełkę aktorską! I mam nadzieję, że czekają Aidana same doskonałe role, pokazujące jak genialny z niego aktor.


Ellen Page chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jako Vanya to chodzący smutek i rozczarowanie życiem, przez większość serialu zagrana w taki sposób, że naprawdę człowiek czuje, jak wysysa z niego energię życiową.

Reszta obsady również nie odstaje. Począwszy od reszty rodzeństwa, po aktorów drugo i trzecio planowych. Każda postać jest tam zagrana na najwyższych aktorskich nutach. Ale tych, co serial widzieli, z pewnością nie dziwi, że to właśnie ta trójka najbardziej wryła mi się w pamięć.

Scenografia i montaż to mistrzostwo świata. I jasne, jak ktoś będzie chciał, to powie „widać, że to jest CGI!”. Ale pamiętajmy, mówimy o serialu, te często cierpią na masę niedoróbek pod tym względem. Tutaj nie ma tego uczucia.


Pogo (Adam Godley)zaanimowany jest cudownie, nie spodziewałam się, że mogę w serialu zobaczyć tak dobrą animację gadającego szympansa. Apokalipsa przedstawia się tak, że muszę znaleźć jakiś dobrej jakości kadr i ustawić sobie na tapetę. Widać, że nie żałowano ani pieniędzy, ani czasu, by wszystko dopracować.

O muzyce w sumie mogłabym napisać tyle, że słucham na zapętleniu od kilku dni. Nawet nie chcę wiedzieć, ile musiano wydać pieniędzy, by móc z tych utworów korzystać. Ale sam zakup przecież jeszcze sukcesu nie wróży. Piosenki są idealnie dobrane pod trwające na ekranie wydarzenia i nadają całości dodatkowego klimatu.

Spotkałam się co prawda z opinią, że może są odłożone aż zbyt łopatologicznie, ale… mi to ani trochę nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, sprawiało wrażenie jeszcze większej alternatywności tego świata, pogłębiało jego dziwność i szaleństwo. W drugim sezonie poproszę o to samo.



The Umbrella Academy nie przeprasza za to, że jest o superbohaterach. A równocześnie, nie zapomina o tym, że są tylko ludźmi. Nie zderza ich z dylematami znanymi z superhiro movies, jak „z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. Nasi bohaterowie mają trochę gdzieś tę odpowiedzialność, woleliby żyć spokojnie własnym życiem, a najlepiej z daleka od siebie nawzajem. I to jest w tym serialu najlepsze. Że pomimo szaleństwa i wątków, które potrafią mocno zaskoczyć, finalnie oglądamy serial o ludziach, którzy borykają się z własnymi problemami i przeszłością.

You May Also Like

0 komentarze