Last Christmas, czyli wszystko czego się nie spodziewałam


To nie będzie długa recenzja. I będzie bardzo, bardzo ogólna. Bo im mniej się wie o tym filmie, tym lepiej. I choć widzę, że jego oceny IMDB są bardziej w okolicach średniej, to… no cóż, ja bardzo starałam się nie płakać na głos w wypełnionym po brzegi kinie.

A to mi się na filmach świątecznych nie zdarza.


Kate i jej życiowy bałagan

Kate, a raczej Katerina, ponieważ razem z rodzicami wyemigrowała z Jugosławii, jest po ciężkiej chorobie. I od tamtego czasu jej życie to bałagan, a ona sama… no cóż, otoczenie ma duże trudności, żeby ją polubić. Można wręcz powiedzieć, że wszyscy jej przyjaciele, to osoby, które zna od wielu lat, którzy znali ją jeszcze zanim zaczęła się staczać na dno.

I można by się czepiać, że wypadki, które Kate wywołuje, bywają zbyt przerysowane, ale dla mnie są one idealną równowagą dla drugiej połowy filmu.


Tom to uczynny chłopak

Tom z kolei jest uczynny. Działa w kilku miejscach pomagając innym osobom, które mają dużo trudniej w życiu od niego. Jest radosny, zawsze patrzy w górę – bo można tam znaleźć ciekawe i piękne rzeczy.


Kate i Tom

Więc jak możecie sobie wyobrazić: Kate i Tom to dość dziwaczna para. Jeżeli możemy ich tak nazwać, bo ich związek wygląda dość specyficznie. Tom stara się nie używać telefonu, więc Kate nie ma się jak z nim skontaktować. Wpadają na siebie więc albo przypadkiem, albo muszą odwiedzić wiele miejsc, by się znaleźć.

Same spotkania też są zresztą sporadyczne, a kamera zawsze zostaje z Kate. Nie wiemy, co ile dni się widują, ale film wyraźnie sugeruje, że nie jest to regularne.


Rodzina Kate

Rodzina Kate również jest ciekawa, a wraz z upływem czasu dowiadujemy się o nich coraz więcej. Z jednej strony mamy problemy wewnątrz rodziny. Matka Kate żyje przeszłością – tym jak było w Jugosławii, jak trudno było tam funkcjonować. Cierpi też na depresję. Ojciec z kolei pracuje poniżej swojego wykształcenia, a siostra niby odniosła sukces, ale było to spełnianie marzeń rodziców, a nie jej samej.

Z drugiej, film mocno komentuje Brexit. Od pokazywania wiadomości, przez zwyzywanie w autobusie, po strach mamy Kate. Znowu są w kraju, w którym ich nie chcą. Znowu się zaczyna. 

Przecież mieli być już bezpieczni.


Emilia Clarke

Wiem, że wiele osób ma ogólnie zastrzeżenia co do gry Emilii – ale moim zdaniem w tym filmie wypadła bardzo dobrze. Gdy trzeba, jest nieznośna, egoistyczna i głośna. Gdy trzeba, jest zabawna. I, gdy trzeba, jest cicha, nieporadna i załamana.

Nie mogłam jednak przestać myśleć, jak trudne i oczyszczające musiało być dla Emilii przyjęcie tej roli. Bo choć cierpiała na zupełnie inną przypadłość niż grana przez nią bohaterka – to tak jak Kate była bliska śmierci i musiała przejść 2 operacje ratujące życie.

I myślę, że dużo z tego co zobaczyłam na ekranie, było tym, co Emilia sama przeszła. Strach i niepewność. Niby jest już dobrze, ale jak przestać się bać jutra?


Więc co z tym filmem?

I nie mogę nic więcej powiedzieć. Bo wszystko, co powiem, to będzie zdrada zakończenia, a bez niego nie da się tego filmu dobrze skomentować. Jednak Last Christmas dał mi to, czego w filmach świątecznych szukam.

Świeżość.

Bo choć sam zabieg, który zastosowano w finale, nie jest w kinie nowy, to nie widziałam go jeszcze w filmach świątecznych. Jest to całkowite przełamanie znanych i powtarzanych klisz gatunkowych.


Równocześnie, dla mnie, był to film bardzo wzruszający. Może dlatego, że jak bohaterka, ciągle szukam miejsca w życiu? Może dlatego, że potrzebowałam usłyszeć kilka konkretnych słów i zdań?

A może dlatego, że zupełnie nie byłam na niego gotowa?

Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że Last Christmas ląduje na liście moich ukochanych filmów świątecznych. I że z chęcią do niego wrócę za rok.