Rodzinny dom wariatów, czyli rozdrapywanie starych ran

by - środa, grudnia 25, 2019

The Family Stone był dla mnie filmem trudnym. Ogólnie, nie jest to wesoła komedia, a komedio-dramat, ale trafił mocno tam, gdzie trzeba. Może nawet aż za bardzo?

I choć nie uważam go za film idealny (ma kilka scen, z którymi można dyskutować nad logiką zachowania bohaterów), to równocześnie nie mogłam przestać o nim myśleć.


Oni cię tu nie chcą

Rodzinny dom wariatów przedstawia krótki wyrywek z życia rodziny, do której na święta przyjeżdża Meredith, nowa dziewczyna Everetta. I cała rodzina bardzo jej przyjazd przeżywa. Jednak podekscytowanie mija, gdy Meredith wysiada z auta. Bo to kobieta, która z nieznajomymi zachowuje większy dystans i momentami za bardzo się stara być lubiana.

Rodzina więc od razu wystawia jej opinię – nie lubimy jej.

Problem jest taki, że Meredith nie zrobiła nic złego. Nikogo na wejściu nie obraziła, nie okazała braku szacunku. Wręcz przeciwnie, wszystkie jej wpadki raczej wynikały z tego, ze Everett nie przygotował jej odpowiednio do spotkania (np. nie powiedział, że nie musi mówić głośniej, gdy rozmawia z jego niesłyszącym bratem).


I ten film trafił do mnie pod tym względem bardzo, bardzo mocno. Bo dorastając, często czułam się niechciana w towarzystwie, szybko przyjmując podstawę obserwatora – bo tak było bezpieczniej. Lepiej było zostać w domu, czytać książki lub… tak pisać, niż czuć się jak piąte koło u wozu.

I obserwując Meredith, wróciłam do tego, jak próbowałam znaleźć ludzi, z którymi będzie mi po drodze (choć i tak miałam duże szczęście – poznając w podstawówce przyjaciółkę na całe życie).

Często byłam tą Meredith w pracy, w szkole, na imprezach czy wyjazdach. I chyba dlatego tak lubię dorosłość – bo z każdym kolejny rokiem tracę poczucie, że koniecznie muszę się dostosować.

Więc tak, film trafił mocno, prosto w serce. I myślę, że nie tylko nie jestem sama z takim poczuciem i doświadczeniami. Myślę, że każdy z nas jest mniej lub bardziej Meredith.

Nie wszystko takie idealne

Jednak nie wszystko mi się w tym filmie podoba. Bardzo nie lubię rozmowy przy stole, podczas której Meredith nie umie odpowiednio ubrać swoich myśli w słowa i tym samym mówi wiele krzywdzących rzeczy. Tym bardziej że film nigdy do końca nie podejmuje tematu — o co naprawdę jej chodziło i ile z tego, co powiedziała, faktycznie myśli. A ile, to była coraz bardziej nerwowa paplanina.

Bardzo nie lubię tego, że siostra Meredith, zadając równie kłopotliwe pytanie, zostaje przez wszystkich i tak dobrze odebrana – nie musi się wiec plątać zeznaniach, pogrążając jeszcze bardziej.

A jeszcze bardziej nie lubię wątku, że rodzina wie lepiej, co jest dobre dla Everetta, a finał filmu tylko potwierdza – że wtrącając się na chama w czyjeś życie i raniąc drugą osobę, finalnie ma się rację.


Jestem wielką przeciwniczką takich wątków, bo utwierdzają one w ludziach negatywne zachowania. Bo oczywiście, że w filmie sprzeciw rodziny wyjdzie Everettowi na dobre, w końcu to zaplanowany od początku do końca scenariusz.

Tyle że potem w prawdziwym życiu słucha się wielu historii, jak to rodzice wchodzą z butami w życie dzieci dorosłych, uważając, że wiedzą lepiej. I tym samym skrzywdzeni są wszyscy – i rodzice, którym dzieci stawiają wyraźne granice, i dzieci – które są dorosłymi ludźmi i nagle stają przed wyborem, w którym zawsze ktoś będzie poszkodowany.



Słodko-gorzki finał

I choć całość kończy się dla wszystkich pozytywnie, ma jednak słodko-gorzki smak. I jest to finał, który swoim nastrojem bardzo dobrze podsumowuje cały klimat filmu.

Czy polecam? Tak. Pod warunkiem, że nie szukacie typowej, wesołej, świątecznej komedii.


Fajnie, że jesteś!

Będzie mi bardzo miło, jeżeli zostawisz po sobie ślad, nawet mały. Może to być zwykły uśmiech w komentarzu lub gotowa reakcja z Disqusa. Świadomość, że tu jesteście i czytacie, jest dla mnie największą motywacją do pisania.



Bałagan lubi lajki!


Przeczytaj też:

0 komentarze