Advertisement

Main Ad

Koniec świata nie jest rozwiązaniem, czyli Good Omens

O Dobrym Omenie głośno było rok temu, gdy wchodził na Prime Video. Ale, jako że nie miałam tej platformy, wtedy go nie obejrzałam. Usiadłam dopiero teraz, gdy w końcu Prime zagościł w moim domu (korzystam obecnie z promocji Play dla telefonów z abonamentem, gdzie z Prime Video można korzystać przez pół roku za darmo. Nie jest to współpraca. Nie wiedziałam o tej promocji i uważam, że jest warta polecenia). Więc w najbliższym czasie możecie się spodziewać wrażeń z nadrabiania produkcji Amazona.

Myślę, że zostawienie Dobrego Omenu na przeleżenie i przeczekanie wrażeń całego Internetu, było dobrym wyjściem. Z jednej strony całkowicie opuścił mnie hype na serial, a z drugiej zupełnie nie pamiętam, jakie miał recenzje.

Z kolei książkę pamiętam piąte przez dziesiąte. Często do niej wracałam w liceum, co było tak dawno, że sama myśl o dokładnym policzeniu lat mnie zmęczyła. Więc część wątków w serialu mnie totalnie zaskoczyło, a z kolei te, które pamiętam doskonale, sprawiły nie lada przyjemność. Co ważne, za scenariusz odpowiadał współautor książki, na podstawie której powstał serial, Gaiman. I zdecydowanie zadziałało na plus całości.

Ale o czym jest Good Omens? Bardzo ogólnie, bez zdradzania większych szczegółów: zbliża się Armagedon. Taki prawdziwy, z Antychrystem, Czterema Jeźdźcami, a także Niebem i Piekłem, które po tysiącach lat przygotowań, aż rwą się do walki.

A w tym wszystkim jest anioł Aziraphal, który kiedyś strzegł Edenu i demon Crowley, który zabawił się w węża. Od tego czasu żyją na ziemi, wypełniając mniejsze lub większe misje (anioł czyni cuda, a demon kusi do złego). Przez te tysiące lat, zdążyli się do siebie nie tylko przyzwyczaić, ale wywiązać między sobą pewnego rodzaju przyjaźń. W końcu jako jedyni są na ziemi i tylko oni naprawdę widzą ludzi. I zdecydowanie polubili wszystkie rzeczy, jakie ziemia może zaoferować, od jedzenia, po stylowe samochody. Armagedon i narzucenie porządku zwycięskiej strony, nie jest więc wydarzeniem, które z chęcią zapisali w kalendarzu.

I wrzucając to wszystko do jednego worka, jestem naprawdę usatysfakcjonowana. Serial zrobił bowiem rzecz, której nie udało się zrobić książce – zainteresował mnie bohaterami, poza Crowleyem i Aziraphalem. Bo to, co zapamiętałam na pewno z czytania: pozostałe wątki mnie nie interesowały i gdy wracałam do książki, często je przeskakiwałam.

Tu jednak, dzięki doskonałemu aktorstwu, postacie ożyły. Pochylić się muszę szczególnie nad aktorami dziecięcymi, bo to było największe zagrożenie serialu. Dzieci na ekranie wypadają bardzo różnie i nie jeden film/serial wyłożył się na ich pokazywaniu. Nie dlatego, że wątki dziecięce są złe, ale często dlatego, że dziecięcym aktorom zwyczajnie brakuje doświadczenia, którego nie mają prawa jeszcze mieć.

W Good Omens wszystkie dzieciaki dały radę śpiewająco. Jednak największe brawa należą się Samowi Buck, który nie grał przecież zwykłego dziecka. W przeciwieństwie do pozostałej trójki, która miała być po prostu dziećmi chcącymi się dobrze bawić, on swoją rolę musiał poprowadzić od lubianego chłopca-rozrabiakę, przez samego Antychrysta, po dziecko, które nie chce stracić świata, jaki zna. Mam nadzieję, że w przyszłości zobaczymy go w wielu rolach, bo skoro już potrafi oddać taką przemianę, to co będzie wyprawiał na ekranie za kilka lat?

Nie zaskoczę chyba jednak nikogo, gdy powiem, że pierwsze skrzypce gra duet: David Tennant (Crowley) oraz Michael Sheen (Aziraphale). Mają oni między sobą tę niewypowiedzianą chemię, która nadaje ich scenom niezwykłej dynamiki. Tennant porusza się niczym rasowy rockandrollowiec, któremu na niczym nie zależy. Sheen z kolei wygląda, jakby był zaskoczony swoim istnieniem i nie bardzo wiedział, co ma z tym zrobić.

Ich rozmowy, a nawet same wymiany spojrzeń serwują niezwykłą aktorką ucztę i pozwalają się tylko domyślać, jak dobrze bawili się na planie.

A w tle, tuż za nimi, nie mniej atrakcyjna obsada. Cudowna Frances McDormand, jako narrator i Bóg jednocześnie. Jon Hamm jako nadęty Gabriel. Mark Gatiss, w trzech scenach wcielający się w nazistę. Czy Benedict Cumberbatch, jako głos Szatana. A to tylko kilka pierwszych z brzegu nazwisk.

Wrócić tu muszę szczególnie do Frances McDormand. Jeżeli kiedykolwiek czytaliście książki Pratchetta (a to z nim do spółki Gaiman napisał Dobry Omen), to wiecie, że to nie tyle chodzi o historię, co o to, jak jest napisana. Czasem najśmieszniejsze i najwięcej mówiące o samym świecie, są dodawane do opowieści przypisy. Nie jest to więc materiał, jaki da się ot tak przenieść na ekran. Oczywiście, duży tu wkład Gaimana, który swoim stylem nadał książce większą przystępność do przeniesienia jej na ekran. A później sam jeszcze ogarnął scenariusz.

I być może właśnie dlatego, dostaliśmy narratora-Boga, który jest kobietą. I dosłownie posługuje się co lepszymi fragmentami książki, by nadać całości odpowiedni klimat. Uważam, że jest to zabieg fenomenalny. I być może odpowiedź na to, jak należy Pratchetta filmować?

Stworzenia kobiety-Boga daje także pewną zabawną warstwę dla polskich fanów. Jak wiadomo, Śmierć pojawiająca się w książkach Pratchetta (a także tutaj, jako jeden z jeźdźców), jest mężczyzną. Wynika to z prostego faktu: w języku angielskim, jest to rodzaj męski. Ale nie w polskim. Mówimy ta śmierć. Płci bohatera jednak nie wypada zmieniać, w książkach więc porusza się ten Śmierć. A teraz dostaliśmy Boga*, opowiadającą nam całą historię.

Mnie to bawi.

Czy Good Omens to serial idealny? I tak, i nie. Można by mu zarzucić niekoniecznie idealne efekty specjalne. Można wziąć książkę do ręki i wytykać Gaimanowi zmiany. Można w końcu uznać, że narrator nie wypełnia luki po stylu, jakim napisana jest książka i serial nie ma odpowiedniego klimatu.

Ale ja bawiłam się na nim doskonale. Z radością patrzyłam, jak moi ulubieni bohaterowie ożyli na ekranie i to w tak doskonałych kreacjach aktorskich. Niemałą przyjemność sprawiło mi słuchanie znajomej narracji. A jeszcze większą, obserwowanie charakterystycznego absurdu.

Dobry Omen jest dla mnie serialem, który otacza swoją pluszowatością, niebanalnym humorem i przekonaniem, że wszystko da się naprawić. I to jest dokładnie to, co chciałam od niego dostać.

 

*celowo nie piszę Bogini, bo

a) Bóg w chrześcijaństwie przedstawiany jest jako On, a mówimy tu o chrześcijańskim Bogu

b) odmiana Boga na Boginię niszczy cały kawał. Rzekłam.