Advertisement

Main Ad

Święta na Alasce, czyli miłość na końcu świata

 Czy ten film ma oryginalny tytuł Christmas under wraps, co w ogóle nie przystaje do tłumaczenia polskiego i byłam przekonana, że uruchomiłam zły film? Owszem. Na szczęście polski tytuł ma sens, więc nie będę więcej narzekać. Ale co się zdziwiłam i spanikowałam, to moje.

Nie będę was też trzymać w niepewności. Pomimo kilku wad, jakie ten film ma, równocześnie jest pierwszym tegorocznym filmem, który wywołał we mnie ducha świąt i nawet sprawił, że się wzruszyłam. Zastanawiałam się czemu i chyba znalazłam odpowiedź.

Jednak, zanim do niej przejdziemy, o czym są Święta na Alasce? Nasza główna bohaterka, Lauren jest przekonana, że dostanie się do szpitala w Bostonie, by móc pójść w ślady swojego ojca chirurga. Jest tak pewna sukcesu i dostania tej pracy, że składa papiery tylko tam. I trochę nie możemy jej za to winić: tata praktycznie wszystko załatwiał i zadbał, by córka miała w CV dokładnie to, co potrzebne. Na ostatniej prostej jednak wyprzedza ją inny kandydat, a jest już dawno po terminach i przed Lauren szykuje się najpewniej zmarnowany rok.

Pomimo że ojciec obiecuje jej, że na pewno znajdzie inny dobry szpital i uruchomi wszystkie znajomości, Lauren postanawia poszukać możliwości na własną rękę. I tak decyduje się na pracę w szpitalu w malutkim mieście na Alasce. Nie będzie mogła być tam co prawda chirurgiem i będzie jedynym lekarzem w mieście, ale za to nie zmarnuje roku, no i kto wie, może tata ściągnie ją do domu szybciej.

Na miejscu poznaje Andy’ego. Którego można określić, za jedyną złotą rączkę w mieście i trochę taksówkę w jednym. Bo do rzekomego Garland nie wystarczy na Alaskę się dostać. Z lotniska trzeba się przesiąść w mały, dwuosobowy samolot i przelecieć kawał drogi.

Jak się pewnie domyśliliście, nasza pani doktor nie była tym zachwycona. Nie była zachwycona też drewnianym domkiem, w którym przyszło jej zamieszkać, ani tym, że jest jedynym lekarzem w mieście, które od roku radziło sobie zdrowotnie tylko dzięki obecności czterech osób: dwóch pielęgniarek i dwóch pielęgniarzy.

Tu momentami miałam z filmem problem. Bo o chatce, jaką dostała Lauren, wielu śni się po nocach, a i film w żaden sposób nie sugeruje, by było to problematyczne i traumatyczne miejsce do mieszkania. W środku jest ciepło i przytulnie.

Mój drugi problem to taki, że ja wiem, że oni wszyscy się na Alasce urodzili, ale jak mi film mówi, że tam jest minus 13 stopni, to niech chociaż noszą czapki i zapięte kurtki? Ja wiem, że to mało filmowe i w ogóle, ale jak na Alaskę w grudniu, to chodzili jak my w Polsce w na przełomie listopada i października. Jest to o tyle zabawne, że mamy tam całą scenę zakupów ciepłych rzeczy i dysputę nad dżinsami podszywanymi polarem. Więc może jeszcze jakiś szalik, czapka, rękawiczki i zapięta kurtka?

(Tu mógłby być akapit o kiepskich efektach specjalnych, ale w filmach świątecznych szczególnie mi to nie przeszkadza).

Więc, co ja takiego w tym filmie widziałam? Jaką przewagę ma nad wcześniejszymi? Zaskakującą. Film pokazuje wdzięczność lokalnej społeczności, za każdą nawet najmniejszą rzecz. I chęć pomocy. Pani w lokalnej kawiarni natychmiast zapamięta jaką kawę pijesz i załatwi odtłuszczone mleko. Za pomoc w chorobie, do szpitala przyjdą do pani doktor kwiaty. I jeszcze więcej kwiatów. Trudno się było nie uśmiechać, oglądać to idealne, wymarzone, małe miasteczko, w najbardziej zapomnianym stanie.

Równocześnie znowu, film nie kłóci Lauren i Andy’ego na siłę. Oglądamy ich pierwsze randki i to jak dobrze się ze sobą czują. Nie ma żadnych wymyślnych i usilnych przeszkód, poza jedną: czy Lauren wróci do domu, czy zdecyduje się porzucić idealnie zaplanowaną karierę, na rzecz zupełnie innego życia.

Przyznam, że to połączenie w zaskakujący sposób wywołało we mnie świąteczny nastrój.

I na tym mogłabym zakończyć, gdyby nie jedna, malutka rzecz.

Film wprowadza realizm magiczny, który aż do samego końca można zignorować. Puszcza ciągle do widza oko, a my możemy udawać, że nie widzimy, o co chodzi. Aż do sceny, która już praktycznie jest sceną rozpoczynającą napisy. Gdzie scenarzyści poszli z realizmem magicznym za daleko. A szkoda. Zdecydowanie lepiej było zostać w tej sugestii i niedopowiedzeniu, niż walić widza prosto w głowę.

Oparta o to jest także wielka tajemnica miasta i główna oś konfliktu pomiędzy Andym i jego ojcem. Co można by totalnie zignorować, gdyby nie ta jedna, ostatnia scena.

Naprawdę żałuję, że ktoś nie powiedział stop. Bo poza tym, to naprawę sympatyczny film świąteczny, który przypomina o zwykłej ludzkiej dobroci i życzliwości, nie wciskając, w co drugiej kwestii w usta bohaterów hasło „kocham święta”.

Prześlij komentarz

0 Komentarze