Advertisement

Main Ad

Szybko, szybko, zanim zrozumiemy, że to bez sensu, czyli Saga Winx

Zacznijmy od tego, że to nie jest serial, który się źle ogląda. Choć pierwsze trzy odcinki były dla mnie bardzo nijakie. Jednak w drugiej połowie serial nabiera dynamizmu i na finale zorientowałam się, że doskonale się bawię. Nie zmienia to jednak kilku rzeczy – jak ogromne dziury logiczne w fabule, czy zabieg, którego nie cierpię: nikt ze sobą nie rozmawia, a potem wszyscy się dziwią, ile przez to wychodzi problemów.

Naprawdę, 90% sytuacji w serialu można było rozwiązać zwykłą, szczerą rozmową i pójść dalej. Plus, za nic nie rozumiem zachowania złego charakteru. Za nic. Nie ma to sensu.

Czy ja już we wstępie, narzekam? Chyba tak.

Powinnam chyba też zaznaczyć, że zupełnie nie znam kreskówki, na podstawie której serial powstał. Nie mam żadnego pojęcia o tym, co zmieniono względem oryginału, a co nie, więc moja opinia dotyczy tylko serialu Saga Winx. Wiem tyle, że dziewczyny powinny móc się zmieniać i mieć skrzydełka oraz serial jest mroczniejszy.

Całość kręci się dookoła Bloom, która odkrywa w sobie potężne moce i zostaje przygarnięta do Otherworld (za nic nie mogę sobie przypomnieć polskiego tłumaczenia), gdzie w szkole dla Wróżek i Specjalistów będzie się uczyć jak nad mocą panować. I tu zaczynają się moje problemy.

W sumie podobne miałam przy oglądaniu Sabriny, ale ponieważ pierwsze dwa sezony były naprawdę dobre, aż tak mi to nie przeszkadzało. No i przy Sabrinie założyłam, że skoro to jest sabat czarownic, to może sama ich szkoła nie potrzebuje jakieś szczególnej struktury. W końcu wszyscy, którzy tam trafiali, wychowani byli od dziecka w tej kulturze i od małego uczyli się o czarach.

Jednak w przypadku Sagi Winx mamy bardzo profesjonalną szkołę, gdzie uczy się nawet przyszła królowa Otherworld, więc naprawdę pasowałoby stworzyć choć trochę jakieś struktury. Niby wiemy, że dziewczyny są na pierwszym roku, ale równocześnie kadra pedagogiczna składa się z 3 osób.

A wystarczyło zatrudnić jakichś dorosłych statystów, którzy staliby gdzieś w tle w pokoju nauczycielskim, żeby zrobić wrażenie większej realności. Tym bardziej że tam jest pełno dzieciaków. Nie wiemy też, ile dokładnie jest roczników, serial nigdy się tym z nami nie dzieli. Na pewno są dwa, bo jedna bohaterka musi powtarzać pierwszy rok. A dalej? To dwuletni kurs, czy może 6-letnie studia?

Moim drugim problemem jest to, że placówka ta zamienia się bardzo szybko w obóz wojskowy. To nie jest jak w Hogwarcie, gdy przychodzi bitwa na końcu sagi, ewakuujemy uczniów niepełnoletnich, a reszta niech zdecyduje, czy chce walczyć, czy nie. Tu idą wszyscy, niezależnie od tego, czy są na pierwszym, czy na ostatnim roku.

A pragnę przypomnieć, że mamy tu choćby naszą Bloom, która nic o swojej mocy nie wie. Można więc śmiało założyć, że są dzieciaki, które z domu wyniosły jakąś wiedzę i takie, które nie wiedzą praktycznie nic. Więc kim one mają być w tej bitwie, jak nie mięsem armatnim?

Przy czym pisanie o młodszych uczniach też jest dość zabawne, bo dobór aktorów wskazuje raczej na wiek uniwersytecki, niż szkołę, gdzie uczą podstaw. Ja wiem, że zawsze nastolatków grają dwudziestoparolatkowie, ale z reguły jakoś udaje się tych aktorów choć trochę odmłodzić. Tu nie miałam poczucia, że mam do czynienia z nastolatkami.

Rzeczą, na którą wiele osób zwraca też uwagę, to to, że w Otherworld korzystają w Instagrama i wykonują połączenia telefoniczne między światami. To mnie aż tak bardzo nie raziło, bo trochę ucieszyłam się, że w końcu mamy młodych ludzi korzystających w normalny sposób z technologii.

Z drugiej strony, wystarczyło stworzyć aplikację podobną do Instagrama, nazwać ją Winxgram, a do kontaktu z naszym światem przeznaczyć specjalny telefon, jeden na szkołę, niech będzie nawet pociągnięty kablem do najbliższego portalu.

To, co jednak doprowadzało mnie przez cały serial do szału, to brak poczucia czasu. Przez cały czas (sic!) miałam wrażenie, że to wszystko się dzieje na przełomie jednego tygodnia. Aż w końcu pada hasło, że są w szkole od tygodni. W ogóle tego nie czuć, fabuła idzie tak gładko i liniowo, że naprawdę trudno uwierzyć, że nie minęło tylko kilka dni. Uważam, że to głupie przeoczenie, bo wystarczyło napomknięć o jakiś świętach, czy zmienić pogodę za oknem.

Czepiam się detali, prawda? A to dlatego, że sam serial skonstruowany jest tak, że rzucają się one w oczy. Przez pierwszą połowę nijak nie mogłam się wciągnąć, a bohaterowie byli tak mocno nakreśleni, że aż przerysowani. Zadziałało to w pierwszym sezonie Riverdale, zadziałało w pierwszych dwóch sezonach Sabriny, tu wyszło tak koszmarnie, że aż zabawnie.

Od razu widać, kto jest zbyt rozpieszczony, kto jest złym charakterem historii, mamy nawet niegrzecznego badboya i dziewczynę z nadwagą, która się wstydzi swojego ciała. A w tym wszystkim Bloom, która ma totalnie gdzieś swoje koleżanki. Zgrzytałam zębami za każdym razem, gdy u jej współlokatorek działo się źle, albo chciały pogadać lub coś zasugerować, a Bloom wszystko sprowadzała do swoich problemów.

Problemów, których mogłoby nie być, gdyby dyrektorka powiedziała dziewczynie od razu prawdę. Wielka tajemnica pochodzenia Bloom, natychmiast została przecież odgadnięta przez dzieciaki ze szkoły. Mam totalne flashbacki z egoistycznego Dumbledora, który nie miał odwagi zwyczajnie wszystkiego wyjaśnić.

No i jeszcze główna zła postać. Postać, której motywacji za nic nie rozumiem. Tajemnice, które snuła przed wszystkimi, nie miały najmniejszego sensu. Ta intryga rozpada się i mija z sensem już po 6 odcinkach. Dalej może być przecież już tylko gorzej.

Równocześnie, nie jest to serial, na którym się cierpi. Na początku jest tak bardzo nijaki, że trudno nawet nazwać go złym. Na to miano trzeba mieć choć trochę cech charakterystycznych. To nawet nie jest guilty pleasure.

Dalej robi się ciekawiej, ale nie na tyle, by oglądać z zapartym tchem i przejąć się losem postaci. Tym bardziej że ostatnie minuty finału nie pozostawiają złudzeń, z czym mamy do czynienia.

To raczej serial, który ogląda się na zasadzie „nie mam w tym momencie ochoty na nic poważnego/ wszystkie moje seriale się skończyły/ potrzebuję czegoś, co nie będzie wymagało większej uwagi”.

Jeżeli szukacie czegoś, co można oglądać przy gotowaniu lub sprzątaniu, to to jest ten serial.

Ps. A jeżeli macie ochotę na jakąś teen dramę, to naprawdę chyba warto się cofnąć do tych robionych lata temu i już zakończonych. One chociaż miały jakichś ciekawych bohaterów.