A zombie zombie... iZombie

Popkultura lubi się czymś zafascynować i nie odpuści, dopóki jej odbiorcy nie powiedzą dość. Tak było z wampirami, na które miałam sil...


Popkultura lubi się czymś zafascynować i nie odpuści, dopóki jej odbiorcy nie powiedzą dość. Tak było z wampirami, na które miałam silną alergię i dopiero teraz mi przeszło, więc nadrabiam Pamiętniki Wampirów (cudowne – swoją drogą). Tak też było z tematem Zombie. Co prawda w tym temacie specjalistką jest pewna różowa blogerka – więc ja za wyliczanie filmów i seriali się nie biorę, tym bardziej, że znowu – jak czegoś było dużo i głośno, to ja szukałam tematów zupełnie innych. I choć podjęłam próbę obejrzenia The Walking Dead, choć byłam w kinie na World War Z, to daleko mi było do padnięcia na kolana i fanowania Zombie (szczególnie, że przy TWD nie przetrwałam nawet pierwszego odcinka). Bo w sumie, te wszystkie historie były takie same, Ci bohaterowie mieli te same problemy, Zombie niczym nie zaskakiwały. No dobra, Zombieland jest genialny. Ale wróćmy do meritum.

Gdy jest przesyt wszystkiego, to odmienne spojrzenie przyciąga uwagę. I tak, jak bardzo szybko widzowie zażądali normalnych, krwiożerczych wampirów, które nie stoją w słońcu obsypane brokatem, ba, słońca nie lubią, tak w przypadku Zombie zadziałał inny mechanizm. Bo iZombie uderza w zupełnie inne tony.

Dość istotny w całości jest fakt, że serial wywodzi się z komiksu o tym samym tytule i zupełnie od tego nie ucieka. Wręcz przeciwnie, od samego początku mamy zaznaczenie, że korzenie serialu siedzą w komiksie. A skoro siedzą w komiksie, to spodziewajmy się sporej dawki humoru i trochę innego podejścia do sprawy.

Przede wszystkim Zombie nie powstały poprzez broń biologiczną, tajemniczą chorobę, błąd naukowca. Powstały na skutek przypadku: zakażonego narkotyku połączonego z odpowiednią dawką napoju energetycznego. Co sprowadza nas do prostego przekazu: narkotyki są złe. Napoje energetyczne są złe. Chyba, że chcesz do końca życia jeść mózgi. Droga wolna.

Ale wbrew utartemu powiedzeniu, że zombie zombie zombie, po ulicach nie zaczęły się szlajać bezmózgie i przy okazji, pragnące mózgu potwory. I to jest moment, w którym rzucam wszystko i biegnę uściskać Chrisa Robersona i Michaela Allreda za ten cudowny pomysł. Bo wystarczy, żeby nasz Zombie będzie się dobrze odżywiał i może normalnie funkcjonować w społeczeństwie. O ile pod normalne funkcjonowanie podciągniemy wyjadanie mózgów  w kostnicy.
Jestem totalnie zakochana w komiksowych wstawkach, dzielących każdy odcinek na kilka części.
Wątpliwą przyjemność uroków bycia Zombie odkrywa Liv Moore, zadrapana przez jednego z zakażonych. Jako dobrze zapowiadająca się lekarka musi zrezygnować ze wszystkiego co do tej pory było w jej życiu ważne i przenosi się do pracy w kostnicy, gdzie może bez żadnych podejrzeń podjadać potrzebne jej do funkcjonowania mózgi. No prawie bez podejrzeń, bo pracuje z fantastycznym dr Ravim Chakrabartim (Rahul Kohli – Brytyjczyk!!!), który radośnie stwierdza, że jak go nie zjadła od razu, to w sumie nie ma się czego bać.

I to jest kolejny plus iZombie. W czasach, gdy w popkulturze spycha się wszelkie nadprzyrodzone byty na drugi plan, byle nikt z ludzi się o nich nie dowiedział, tutaj już na dzień dobry mamy bohaterów, którzy o całej sprawie wiedzą, bez zbędnego okrzyku: „kim jesteś” i szukania odpowiedzi w Internecie. Swoją drogą, zawsze dziwiło mnie, że wszelkie działające zaklęcia, odpowiedzi na temat bytów nadprzyrodzonych wyskakują jako pierwsze wyniki w wyszukiwarkach Google. Czy istoty chorobliwie chroniące swoją prywatność i istnienie, nie powinny być bardziej uważne? I nie wiem, ukrywać takie informacje na dziesiątej stronie Google, gdzie nikt nigdy nie dociera?

Ale to co w serialu bawi najbardziej, to wpływ jaki mózgi mają na samą Liv (i inne Zombie). Po zjedzeniu takiego, Zombie przejmuje cechy swojego właściciela i tak nagle może być utalentowanym malarzem, albo zapalonym hazardzistą. Do czasu zjedzenia kolejnego mózgu. Co sprawia, że nasza Liv w każdym odcinku jest inna, co musi być niezwykle zabawne dla grającej ją Rose McIver. W końcu raz jest uwodzicielską kobietą, a innym razem gadającym slangiem podlotkiem. Nadaje to całości uroczy, komediowy klimat.

Dodatkowym plusem, dla mnie miłośniczki seriali kryminalnych, jest właśnie detektywistyczny wątek. Bowiem Zombie wcinające z zapałem mózg, nie tylko odziedziczają pewne cechy, ale także wspomnienia właściciela organu w postaci nagłych, niespodziewanych przebłysków. Liv zaczyna więc współpracować z policją jako medium. I choć sprawy kryminalne mają znaczenie drugorzędne w serialu, nadają mu bardzo fajnego tempa i kolejnych, ciekawych smaczków.
Narzeczony Liv strasznie mnie denerwował swoją nijakością w pierwszym sezonie. Na szczęście w drugim ma w końcu coś ciekawego do powiedzenia.
Ale będę teraz z Wami szczera. Serial nie porwał mnie po pierwszych dwóch odcinkach. Był przyjemny, ale w mojej głowie nie zaświtał jako taki, który koniecznie muszę śledzić. Wszystkie zmieniło się przy trzecim odcinku (albo czwartym), który miał tak dobry scenariusz, a Liv tak cudne momenty, że przepadłam. I ku mojej radości, drugi sezon, który teraz leci, nie tylko utrzymuje poziom, ale idzie jeszcze dalej – rozwija bohaterów, którzy w pierwszym sezonie byli bezbarwni. Teraz nagle dostali ciekawe wątki i ma się wielką ochotę śledzić ich perypetie. Z całkowitym przebaczeniem tego, jacy byli w pierwszym sezonie. Co jest ogromnym plusem serialu, bo nie dość, że nie zepsuł się ani trochę, tak widać, że scenarzyści mają na niego pomysł. A zmiany osobowości Liv sprawiają, że dostajemy niemal nieograniczone możliwości zabawy i wplątywania bohaterów w coraz to nowe wydarzenia.

Teraz pewnie zastanawiacie się, co jest głównym wątkiem serialu. Bo pisałam Wam o Zombie, o części kryminalnej, ale przecież na samym tym serial nie da rady utrzymać nas w napięciu. Nawet CSI mają raz na jakiś czas większy wątek ciągnący się w tle. iZombie i z tym poradziło sobie bardzo dobrze – główną osią, wokół której się kręcimy, jest poszukiwanie lekarstwa, a także uroczy biznes jednego z Zombie. Ale jaki, tego Wam już nie zdradzę. Choć trzeba Blainowi przyznać, że ma gość łeb do zarabiania pieniędzy.

iZombie polecam z całego popkulturalnego serduszka. Nie dość, że ma świetne wątki komediowe, co doskonale relaksuje i poprawia humor, to gdy dodamy to tego Brytyjczyka (a jak inaczej!), posypkę kryminalną, wielką złą organizację (ktoś w końcu musiał ten energetyk wyprodukować), Zombie prowadzące biznesy – dostajemy mieszankę idealną. I przede wszystkim inną, od tego, co twórcy zwykli nam fundować. A to jest już argumentem nie do przebicia.

Ps. Widzieliście iZombie? Oglądacie?

Ps2. Po świetnym odcinku Supernatural nakręconym z punktu widzenia Impali (jak dziwnie i śmiesznie by to nie brzmiało), dostaliśmy odcinek szósty, który totalnie mnie wynudził. Wiem, że złe odcinki zdarzają się wszędzie, ale jednak tak wielkiego przeskoku się nie spodziewałam.


Ps3. W najbliższy weekend (21-22 listopada) będę się kręciła po Serialkonie. Przez całą sobotę będziecie mnie mogli znaleźć biegającą od prelekcji do prelekcji i starającą się nie wydać wszystkich oszczędności na stoiskach, a w niedzielę o 11 zadebiutuję w swoim pierwszym panelu dyskusyjnym nt. teen drama. Jak będziecie, to podskoczcie się przywitać i oczywiście w miarę czasu, wpadnijcie na panel. 

Ps4. Tylko jednej osoby brakuje na facebooku do ślicznej liczby 150! Kto podbije stawkę? ;)

Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze