Głównym problemem The Final Problem jest to, że... w ogóle powstał (spoilery)

Zdarza mi się funkcjonować w alternatywnym świecie popkultury. W moim świecie The Vampire Diaries skończyło się na 6 sezonie, nigdy nie p...

Zdarza mi się funkcjonować w alternatywnym świecie popkultury. W moim świecie The Vampire Diaries skończyło się na 6 sezonie, nigdy nie powstała ekranizacja Wiedźmina, a także nigdy nie oglądałam Czystej Krwi, a już na pewno nie tak długo. Od dzisiaj w moim świecie, BBC nigdy nie wypuściło finałowego odcinka 4 sezonu Sherlocka, bo ktoś im go ukradł i zniszczył dla dobra widzów.

The Final Problem jest prawdopodobnie ostatnim odcinkiem Sherlocka w ogóle – patrząc na zakończenie, teoretycznie domykające całą historię – i przejawia wszystkie problemy, o których rozwodziłam się, przy finałach seriali. Twórcy obiecali nam zupełnie inny serial, niż finalnie otrzymaliśmy. To co nas bawiło w Sherlocku, to zabawa konwencją, przeniesienie starych znanych historii do naszego współczesnego świata. Opowiedzenie ich na nowo i danie nam genialnego detektywa, którego moglibyśmy spotkać na ulicach Londynu, lub usiąść u niego na kanapie ze sprawą kryminalną.

Niestety, im dalej w las, tym mniej Londynu, a więcej międzynarodowych problemów, dziwnych siatek szpiegowskich, wizji na haju. Ale wcześniejsze odcinki, niezależnie od ilości dziur fabularnych, tempa akcji itd., dało się oglądać. Nie były już tak genialne, jak dwa pierwsze sezony, ale nadal czuło się magię serialu. Co gorsza, w drugim odcinku tego sezonu dostaliśmy opowieść, za jaką Sherlocka pokochaliśmy. Może nie opowieść idealną, ale zabawną, przejmującą, lokalną. Twórcy dali nam nadzieję, że naprawdę możemy dostać fantastyczny finał. A potem dali nam w twarz.

To zdjęcie promowało pierwszy odcinek 4 sezonu. Gdybyśmy tylko wiedzieli, że to informacja, że serial idzie na dno...
Z The Final Problem mam wiele problemów. Począwszy od tego, że żal mi aktorów. Bo na wiele rzeczy możemy narzekać, ale na grę aktorską nie sposób. I tak dostaliśmy tragicznie napisany i fenomenalnie zagrany odcinek w jednym. Każda poszczególna scena to perełka aktorska, a moment, w którym Sherlock w ataku złości rozwala trumnę – Ben jesteś utalentowanym aktorem. Tylko, że… to były cudnie zagrane sceny, które zupełnie nie łączyły się w jakąś logiczną całość, a już na pewno nie łączyły się z serialem, który kochamy.

Finał przede wszystkim, zniszczył bohaterów. Sherlock nie był genialnym detektywem, albo inaczej, był kiedy było to scenarzystom na rękę. I znowu, jak w drugim odcinku nie umiał porównać terapeutki do klientki, bo scenarzyści tego nie chcieli, tak w tym nie umiał zauważyć brakującej szyby. Nie umiał zrozumieć, że gra w którą gra z Euros nie ma żadnych zasad i przegrają ją, niezależnie od tego, co zrobią. To nie był genialny Sherlock Holmes. Nawet nie stał obok Sherlocka, którego znamy.

Nie tak dawno błagałam o więcej Mycrofta i chciałam to w tym miejscu odwołać. Bo okazało się, że scenarzyści mają na niego pomysł, dopóki pojawia się na kilka/kilkanaście minut. Na cały odcinek już nie. I tak brat, który miał być od Sherlocka jeszcze bardziej genialny, a przez to zamieniający emocje na logikę, staje się nagle bohaterem, który emocjonalnie sobie nie radzi. Ten sam Mycroft, który oświadczył swoim rodzicom z zimną krwią, że ich córka nie żyje. Ten sam, który zamknął swoją siostrę w szklanej celi, nagle posiada emocje wobec osób trzecich, które zupełnie go nie obchodzą. Nigdy nie obchodziły. Jakby tego było mało, nie tylko nie orientuje się, że wszyscy w więzieniu są pod wpływem jego siostry – nie poznaje po głosie naczelnika więzienia! Nie poznaje na nagraniu człowieka, które go zna! Musi go rozpoznać Watson, który słyszy i widzi tego mężczyznę po raz pierwszy. Przepraszam, czy ktoś widział gdzieś konsekwencję prowadzenia bohaterów? Jak tak, proszę wysłać na adres BBC z dopiskiem: dla Moffata i Gatissa do rąk własnych!

Ale to przecież nie wszystko. Jak tak genialny człowiek jak Mycroft mógł sprowadzić do więzienia Moriarty’ego i pozwolić na nienadzorowane widzenie, wiedząc, jakie jego siostra ma takie zdolności? A potem oglądając, co Moriarty robi z Sherlockiem? Przecież to już nawet nie jest dziura fabularna, to jest kanion fabularny, a nawet depresja fabularna. Znajdujemy się na suchym lądzie, pod poziomem morza i nie wiemy, jak się stamtąd wydostać.

Watson jest chyba jedynym bohaterem, którego finał nie zrujnował. Ale przecież w tym sezonie też podjęli próbę zniszczenia jego charakteru przez bezsensowny romans.
I Molly, biedna Molly. Co z tego, że scena wygrana była dobrze, jak nie mogę wybaczyć zniszczenia życia tak cudownej postaci, która czasu ekranowego miała ostatnio w ilościach prawie żadnych. Żebyśmy chociaż dostali domknięcie, jak spotykają się, jak Sherlock tłumaczy, że ratował jej życie i nie miał wyjścia, cokolwiek. Ale nie dostaliśmy żadnego domknięcia, dostaliśmy zranioną dziewczynę. Dostaliśmy scenę, bez której cały odcinek mógł się spokojnie obejść.

Ale scenarzyści nie poprzestali na tym. Postanowili zniszczyć bohatera, którego pokochaliśmy całym sercem, o którego zmartwychwstanie dosłownie modlił się cały fandom – choć wiedział, że nie ma możliwości logicznego wytłumaczenia. Ale wiecie co? Myślę, że najdurniejsze wytłumaczenie zmartwychwstania Moriarty’ego byłoby lepsze, niż to, co z nim zrobili. Ja już widzę, jak radośnie Gatiss i Moffat musieli klaskać w ręce, że to będzie taka ładna klamra spinająca historię Moriarty’ego, tłumacząca, dlaczego w ogóle zainteresował się Sherlockiem. Tylko… my wcale nie chcieliśmy tego wiedzieć. Historia dwóch genialnych bohaterów, stających naprzeciwko siebie, mających zupełnie inne cele, sprzeczne z sobą, to jak Moriarty bawił się Sherlockiem, to jak Sherlock próbował go powstrzymać – to wszystko nam wystarczyło. Nie chcieliśmy żadnego origin story.

Niestety ją dostaliśmy i teraz ciężko będzie oglądać odcinki, które się uwielbiało, bez tej głupiej myśli w głowie, że Moriarty został zmanipulowany, zaprogramowany, żeby prześladować Sherlocka. Oni nie tylko zniszczyli nam finał serialu i bohaterów na koniec, zniszczyli nam odcinki, które kochamy.

Inną sprawą jest, że zaprogramowanie Moriarty'ego przez Euros, oraz zahipnotyzowanie Sherlocka, żeby zapomniał o siostrze, a przyjaciela zamienił w pamięci na psa jest... po prostu durnym i bardzo leniwym rozwiązaniem. A nie trzeba było dużo. Wystarczyło by, że Euros byłaby najstarsza z rodzeństwa, i zniknęła gdy Sherlock miał trzy, czy cztery lata. Mógłby jej nie pamiętać w sposób naturalny dla ludzkiego mózgu.Nie chce mi się wierzyć, że dwa tak genialne umysły mogłyby się poddać takim tanim sztuczkom.


No i w końcu siostra. Euros. Bałam się, jak ją wytłumaczą, czy będą w ogóle tłumaczyć i wolałabym, żeby tego nigdy nie zrobili. Dali jej prawie boskie moce, możliwość programowania ludzi z którymi rozmawia, mieszając do tego umysł tak wybitny, że uniemożliwiający jej funkcjonowanie wśród ludzi, nieczułość na ból brak rozróżniania emocji… W serialu, który starał się choć trochę być realistyczny – całość opierał na wybitnej dedukcji – dostaliśmy osobę posiadającą zdolności paranormalne. A co najgorsze w tym wszystkim, nawet w obrębie jednego odcinka scenarzyści nie potrafili być wobec niej konsekwentni. Bo w finale dostajemy skuloną, przerażoną dziewczynę, która tylko chciała, żeby ktoś się z nią pobawił. Siedzimy w tej depresji fabularnej i kopiemy dół do jądra ziemi, może tam będzie jakaś logika?

W dodatku pokazują nam dziwnie kuriozum. Mała dziewczyna, która wrzuciła do studni przyjaciela Sherlocka, chcąc zwrócić na siebie uwagę (przy całej jej genialności, czy na pewno założyła, że go zabije? Dzieci, nawet genialne, mogą nie rozważać świata w takich kategoriach) została wysłana do więzienia dla geniuszy. Nikt jej nie badał. Nikt nic z nią nie zrobił. Wychowała się w odosobnieniu, bez żadnej próby ratowania jej psychiki, gdy jeszcze był na to czas. A potem dostajemy nagle dorosłą kobietę, genialną ale spaczoną (każdy oszalałby w takich warunkach), władającą więzieniem, która z zimną krwią i w pełni świadoma tego co robi, zabija ludzi. Czy ląduje w jeszcze bardziej rygorystycznym więzieniu, bez dostępu do ludzi, by przypadkiem nie mogła na nich wykorzystać swoich zdolności? Nie, otrzymujemy radosne family reunion. Chyba widzę fabularne jądro ziemi, ale logiki tam nie ma.

Ten odcinek nie sprawił mi żadnej przyjemności, a ja jestem bardzo łatwym widzem. Bez problemu wczuwam się w klimat, nie trzeba się bardzo starać, żeby mnie przestraszyć. Z reguły wady filmów i seriali widzę dopiero, jak zaczynam o nich myśleć i pisać, podczas oglądania mi nie przeszkadzają. W The Final Problem widziałam wszystko, podczas seansu. Pojawiło się kilka scen, w których na chwilę się zatraciłam, bo były przekonująco zagrane, ale zaraz jakaś głupota fabularna mnie z tego wyrywała i znów czułam cierpienie, oglądając, jak zepsuli mi serial. Zwierz w swoim poście napisał, że jeżeli będą kręcić kolejne sezony, to nie będzie to już tak ekscytujące, jak do tej pory.


I ja się z tym w pełni zgadzam. Ten odcinek obdarł Sherlocka z całej jego magii, zniszczył bohaterów, ba, zrujnował nawet wcześniejsze, doskonałe sezony. I żaden kolejny odcinek nie będzie wstanie tego naprawić. 

Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze