Toss a coin to your Witcher, czyli cały świat ogląda Wiedźmina

by - niedziela, stycznia 05, 2020



Skłamałabym, gdybym powiedziała, że międzynarodowy szał na Wiedźmina mnie nie cieszy. Już trochę czasu minęło od premiery na Netflixie i bałam się, że po 3 dniach temat Wiedźmina ucichnie, ale nie – moja bańka internetowa to przede wszystkim memy z Geraltem i Jaskrem, śpiewanie piosenek i pojawiające się artykuły o sukcesie serialu.

I trudno mi przestać się z tego powodu uśmiechać.

Uśmiecham się też dlatego, że choć nie z każdą decyzją serialową się zgadzam to… serial mi się podobał. Spędziłam miło czas w świecie, który jako pierwszy porwał moje czytelnicze serce. I był jednym z powodów, który skłonił mnie do swoich pierwszych prób pisarskich.


Jak wypadli aktorzy?

Zacznę od zachwytów, zanim przejdę do… nie tyle krytyki, co bardziej wątpliwości.

Przede wszystkim jestem naprawdę zadowolona z wyboru obsadowego. Nie będę ukrywać – potrzebowałam trzech odcinków, żeby docenić Cavilla (na początku miałam wrażenie, że za bardzo wziął sobie do serca brak emocji i wiedźminów).



W pierwszych odcinkach wybijał mnie też trochę jego głos – podczas gdy inni mówili normalnie, miałam poczucie, że jego barwa żyje jakby obok.

Ale po trzech odcinkach, gdy Henry w końcu zaczął przywoływać na twarz leki uśmieszek i jego dialogi wyszły poza głębokie wiedźmińskie przemyślenia – zakochałam się bez pamięci. I tak, to nie jest „mój” Geralt, ale z przyjemnością oglądam taką interpretację. I nie będę miała za złe, jak za jakiś czas moja wyobraźnia przejmie wizerunek Cavilla (podobnie, jak przejęła wygląda Snape’a, jako Alana Rickmana).



Ciri najtrudniej mi ocenić, bo jednak mamy rozstrzał wiekowy. W książkach była to mała dziewczynka, tu mamy prawie dorosłą nastolatkę. W mojej głowie, nastoletnia Ciri jest już po dramatycznych przejściach. Nie mam więc żadnych zarzutów do interpretacji tej postaci, bo siłą rzeczy zmiana wieku wymusiła dalsze zmiany i Ciri nie jest małą smarkulą, tupiącą w złości nogą na Geralta.



To co mnie jednak zdziwiło, to brak intensywnie zielonych soczewek – bo sama aktorka ewidentnie jakieś nosi, ale nie jest to kolor oczu Ciri z książek (choć w ostatnich odcinkach jest scena, w której ma oczy zielone i są do zdecydowanie inne soczewki niż te, które nosi na początku). Moje zdziwienie jednak wynika tylko z faktu, że zarówno Geralt jak i Yen mają utrzymany kolor oczu z sagi – bardziej się więc zastanawiam, dlaczego zapadła taka decyzja.

Inna sprawa, że ciemna obwódka wokoł jasnych tęczówek jest hipnotyzująca.



Najbardziej bałam się Yen. Bo miałam ogromne obawy, czy tak młoda aktorka (Anya Chalotra ma dopiero 23 lata) udźwignie rolę, w której musi grać prawie 100-letnią czarodziejkę po przejściach. W swoich wyobrażeniach miałam bardziej wybór około 30-letniej aktorki, która nawet jeżeli nie doświadczeniem życiowym, to doświadczeniem aktorskim, pokaże co trzeba.

I z przyjemnością odszczekuję wszystko – Anya pokazała, że nie ocenia się książki po okładce. Gdy trzeba, jest niewinna i naiwna. By zaraz pokazać pazur, czy rozczarowanie życiem. Gdy serial mi mówi, że Yen jest cudowną manipulantką, wierzę w to. Gdy mówi mi, że jest zagubiona i nieszczęśliwa, wierzę w to.



Nie mogę pominąć sponsora tytułu tego wpisu – Jaskra. I choć nie jest to Jaskier książkowy (przynajmniej miałam takie wrażenie, że Jaskier z książek nie był aż tak naiwny), to jest to Jaskier cudowny. Joey skradł moje serce i sprawił, że „Toss a coin to your Witcher” towarzyszy mi nieprzerwanie.

A przy tym wszystkim, jak on cudownie gra. Jego mimika to jest jakieś dobro międzynarodowe.


Nowe wątki

Wiedźmin oprócz tego, że adaptował opowiadania (o czym później), wprowadził także wiele wątków, których w książce nie było. Albo inaczej.

One wszystkie były, ale nigdy jako czytelnik nie braliśmy w nich udziału.

Więc tak – bardzo dobrze znamy bitwę o Cintrę, jednak tylko z koszmarów malutkiej Ciri i plotek rozsianych po świecie. Sapkowski nigdy nie zabrał nas w sam środek wojny.

Znamy bitwę pod Sodden, ale tylko z opowieści Triss, tylko z plotek, tylko z wieści, jak była ważna i jak wiele zrobili magicy, którzy ginęli tam gromadnie.

Znamy przeszłość Yennefer – ale tylko z domysłów Geralta. Wiedźmina, który swoim wyostrzonym wzrokiem zauważył, gdzie przebiegły magiczne poprawki. Yen nigdy o przeszłości nie myśli, nie mówi, nie wspomina o niej. Wiemy, że magiczki były poprawiane, ale tylko z narracji ogólnej, przybliżającej nam świat czarodziei. Nigdy nie obserwowaliśmy jako czytelnicy, jak to faktycznie wygląda.



Niezmiernie mnie więc ucieszyło, że dostaliśmy to wszystko. Bo była to dla mnie, osoby która zna wiedźmińską historię na wylot, rzecz, która przykuła do ekranu i oderwała od porównań jak było w książce. W końcu nie da się porównywać czegoś, co nigdy nie zostało opisane.

Tak naprawdę jedynym z wyżej wymienionych wątków, który mnie poniekąd rozczarował była końcowa bitwa pod Sodden – bo wydaje mi się, że zabrakło w niej dramatyzmu i tego poczucia, że walczymy o wszystko. Nie do końca przemówiło do mnie również użycie Yen jako swoistego wytrychu, który wyrównywał szanse w bitwie. Mam też wątpliwości, czy przy ograniczonym budżecie (to druga bitwa w serialu, który tak naprawdę dopiero badał teren – GoT w pierwszym sezonie nie miało żadnej bitwy), opłacało się tworzyć drugie tak ogromne starcie.

Czy nie byłoby ono mocniejsze, gdyby nie zostało niedopowiedziane?



Zupełnie nie podoba mi się jednak wprowadzony wątek Cahira. Bo dla mnie mocą tej postaci było to, że przez długi czas był on najgorszym koszmarem sennym Ciri, która pamiętała tylko jego zbliżającą się sylwetkę – ale nie była pewna, co jej zrobił.

By po czasie okazało się, że Cahir to zwykły młodzieniec, który po prostu wyniósł ją z pola walki – i jasne, chciał dostarczyć, gdzie trzeba, jednak nie był nawet w połowie tak przerażający, jak Ciri myślała.

Tu nie dość, że zupełnie nie rozegrali tego, jak straszny jest Cahir w oczach Ciri, to w dodatku siedzi on na czele wojsk i obsesyjnie jej szuka. Być może dużą rolę robi też to, że ja totalnie nie kupuję Eamon Farren w tej roli.



Za to bardzo ucieszyło mnie wprowadzenie Istredda – bo w opowiadaniach pojawił się raz i mieliśmy uwierzyć, że Yen z jakiegoś powodu darzy go uczuciem. Serial za to pięknie pokazuje historię tych dwojga, co jest świetną podwaliną pod opowiadanie Okruch Lodu – które dzięki temu nabiera sensu. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest to dobre opowiadanie i trzeba je porządnie przepisać, żeby nie wyszło "tanio" na ekranie.

Bardzo podobał mi się też zabieg trzech linii czasowych – bo dzięki niemu mieliśmy okazję oglądać wydarzenia wszystkich postaci i dostaliśmy szansę na zrozumienie ich działań. Bez tych przeskoków narracyjnych ukazanie przeszłości Yen byłoby praktycznie niemożliwe.


Znane wątki

Z jednej strony, jestem pełna podziwu, że opowiadania, które się ze sobą nie łączą (poza postacią Wiedźmina i dopisanego pomiędzy nie meta-opowiadania), zostały splecione w jedną całość.

Z drugiej, jest masa zabiegów, których nie rozumiem, bo nie zadziałały one na korzyść historii.

Nie podoba mi się kompletnie, jak potraktowano opowiadanie Kraniec Świata, z naszym Diabłem/Silvanem. Bo to opowiadanie jest mocno osadzone w tym, jak muszą sobie radzić rasy (choć powinnam raczej pisać o gatunkach), które są na skraju wymarcia. Samo opowiadanie było też pewnego rodzaju comic reliefem, na które składały się początkowe potyczki z Diabłem. Bardzo, bardzo mnie to rozczarowało.



W historii ze Strzygą, nie rozumiem po co pałęta się tam Triss – zupełnie niepotrzebna i zbędna. I jasne, pewnie scenarzyści chcieli ją jakoś wprowadzić, ale równie dobrze mogli ją pokazać w Aretuzie.

Z kolei totalnie nie podoba mi się przeinaczenie historii ze złotym smokiem z Granicy Możliwości. Bo nie widzę najmniejszego sensu w tym, że Trzy Kawki namawia Wiedźmina do polowania na smoka. Było wręcz przeciwnie, Trzy Kawki dołączył do polowania na smoka by powstrzymac karawanę - ale nie miał najmniejszego zamiaru targać ze sobą Wiedźmina.

Ich znajomość rozegrała się całkowicie naturalnie, bez podtekstów o zatrudnianiu na polowanie. Trzy Kawki nie szedł raźnie obok, mając nadzieję, że Wiedźmin stanie po stronie smoka, gdy inni rzucą się z siekierami.



Zabrakło mi także walki między smokiem, a wojownikami. Bo jego niezwykłość kryła wiąże właśnie w tym – nie tylko mówił, ale też preferował honorowe pojedynki i z pewną satysfakcją rozwalał kręgosłupy atakującym.

Te powyższe zmiany moim zdaniem nie tylko nie poprawiły narracji serialu, ale trochę ją pogorszyły. Sprawiły, że niektóre wątki są potraktowane powierzchownie lub na opak, co zmienia ich wydźwięk.



Zastanawiam się również, jak traktowana jest w serialu moc Ciri i Pavetty. Bo jednak obie były Źródłem, czyli osobami, które nam mocą nie panują i potrzebują ogromnego treningu magicznego, by cokolwiek świadomie zdziałać. Za to nieświadomie mogły rozwalić pół królestwa. Pavetta jednak bardzo świadomie kierowała w serialu tym, co się dzieje – nie było tam miejsca na utratę kontroli.

A nie mogła być magicznie wytrenowana, bo Calanthe była w głębokim szoku, że jej córka ma magiczne zdolności.

Zastanawiam się przez to, czy zmieniona zostanie sama Ciri? Czy będą się trzymać jej braku kontroli?

I może to tylko moje dawne wspomnienie, ale tak jak Agata Buzek krzyczała w polskim Wiedźminie, nikt krzyczeć nie potrafi. Jest to jedyna scena, podczas której pomyślałam: hmmm... w polskiej wersji chyba zrobili to lepiej.



Z kolei bardzo podobał mi się mały detal, którego Sapkowski nigdy otwarcie nie wprowadził. To, że miłość Geralta i Yen nie jest do końca naturalna.

Bo tak, w książkach mamy, że Yen rzuca na Wiedźmina urok, a ten później wypowiada życzenie, chcąc ją uratować. Opowiadanie jest jednak poprowadzone tak, że zastanawiamy się, co Geralt w tej niemiłej Yennefer widzi.



Wydaje mi się, że serial mocniej podkreśla, że Wiedźmin wypowiada życzenie, bo raz, że jeszcze trochę jest pod mocą obsesyjnego zaklęcia, a dwa, bo nie do końca ma wybór, jeżeli chce, by ta historia zakończyła się bez szwanku.

W Ostatnim Życzeniu Yen rzuca co prawda słowa „o przywiązaniu się przeznaczeniem”, jednak Sapkowski nigdy potem do tego nie wraca.

Serial z kolei ładnie podkreśla wątpliwość Yen, co do naturalności uczucia jakie ich łączy. Bo tych dwoje jest właśnie symbolem takiej miłości niemożliwej – i mam wrażenie, że połączenie magicznym uczuciem dwojga tak różnych ludzi, jest najlepszym wytłumaczeniem, dlaczego nie mogą bez siebie żyć.

Bardzo żałuję, że Emma Appleton dostała rolę Renfri i więcej się już nie pojawi. Bo ma doskonałą charyzmę i w mojej głowie jest idalną Triss.

Czekam na ciąg dalszy

Jednak pomimo moich wątpliwości i pewnych rozczarowań, bardzo czekam na sezon 2 i liczę, że powstanie także 3.

Wiedźmin dał mi wiele radości, pozwolił na spojrzenie na znanych mi bohaterów od innej strony, czy też na nowo rozmyślanie nad poruszonymi wątkami.

Zakochałam się także w humorze serialu, który z jednej strony wprowadza swoje żarty, a z drugiej z radością korzysta z żartów wymyślonych przez Sapkowskiego. Dawno nie śmiałam się na głos, oglądać jakichś serial.

Więc finalnie, jestem na tak. I mam nadzieję, że zalew wiedźmińskich memów będzie trwał i trwał.

You May Also Like

0 komentarze