Advertisement

Main Ad

TENET wart obejrzenia tylko dla Pattinsona


Całe moje odczucia zawierają się w tytule recenzji. Jeżeli zatrzymaliście się w czasie i Pattinson to dla was błyszczący wampir i słaby aktor, to idźcie. Wyjdziecie z chęcią obejrzenia całej jego filmografii i odkryjecie, że jako jedyny zbudował tu postać, której scenariuszowi budować się nie chciało. Co sprawia, że jeszcze bardziej, czekam na jego Batmana.

Możecie też iść, jeżeli kochacie wszystko, co Nolan stworzył i patrzycie na to bezkrytycznie (każdy z nas ma przecież takiego twórcę). Będziecie się dobrze bawić. Inaczej… no cóż, będzie jak ja, siedzieć w kinie i zastanawiać się przez cały film, o co chodzi, by na końcu dowiedzieć się, że Doktor Who już to zrobił i zrobił to lepiej.

Recenzja zawiera spoilery, ponieważ próba napisania innej skończyła się na niezrozumiałym tekście, który niczego nie omawia.


A big ball of wibbly wobbly, timey wimey stuff

Można by uznać, że jeżeli reżyser niczego nie tłumaczy i każe nam wierzyć w magię/naukę/coś tam jeszcze, bo tak działają tu rzeczy i już jest leniwym reżyserem. Ale mogę wam powiedzieć szczerze, że Tenet byłby 100% lepszy, gdyby Nolan zastosował dokładnie tę zasadę. Niestety, Nolan jest Nolanem, próbuje nam tłumaczyć rzeczy.

I wszystko w tym tłumaczeniu byłoby dobrze, gdyby nie to, że z jednej strony dostajemy długaśne wypowiedzi o fizyce kwantowej rodem z Wikipedii, a z drugiej bohaterowie mówią wprost „nie próbuj tego zrozumieć, musisz to poczuć”. I ja naprawdę chciałam to poczuć, bo zabawy czasem są fajne. Niestety nie tylko suche definicje są problemem.

Pomiędzy sztywne definicje Nolan zdecydował się wplatać wątki sensacyjne oraz dramat rodzinny. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że każda z tych informacji podawana jest szczątkowo. Reżyser tak bardzo stara się utrzymać wszystko w tajemnicy, że bohaterowie niby sobie coś tłumaczą, ale nigdy nie zdradzają całego zagadnienia: dotyczy to zarówno działania świata, jak i samej intrygi.

Widz ląduje więc w sytuacji, w której próbuje coś zrozumieć, wydaje mu się, że zrozumiał, po czym Nolan nagle dorzuca kolejne dziwne wiadomości, sprawiając, że wątpimy w to, czy rozumiemy. Czekamy więc na jakieś wielkie objawienie, które w pewnym momencie pada, ale jest z nim duży problem.

A nawet dwa duże problemy.

Pierwszy jest taki, że gdy dochodzi w końcu do wyjaśnienia, co bohaterowie muszą zrobić i jak wszystko rozwiązać, mnie już nic nie obchodziło. Było mi to totalnie obojętne, kto przeżyje, kto umrze, czy im się uda, czy nie. Nolan tak bardzo przedłużył wyjaśnienia i zwodzenie nas tajemnicami, że zamiast pobudzić moje zainteresowanie, zgubił je gdzieś w połowie filmu.

Drugie z kolei jest to, że finał zwyczajnie mnie rozczarował. Bo nie tylko nie był wielkim objawieniem, ale gdy zrozumiemy zasadę cofania się w czasie, natychmiast da się przewidzieć, że połowę sekwencji obejrzymy raz jeszcze i nie jest to żadnym zaskoczeniem. I wielka tajemnica wyjawiona w ostatnich minutach filmu nie ma odpowiedniego ładunku emocjonalnego, bo Nolan nie napisał bohaterów.

Niestety, identyczną historię, tyle że miłosną, widziałam w Doktorze Who, pomiędzy Doktorem a River. I zrobiona była ona o wiele, wiele lepiej, bez pseudofizycznej otoczki.

Naprawdę, ten film byłby sto razy lepszy, gdyby zamiast recytowania Wikipedii z kpiącym uśmieszkiem „nie próbuj rozumieć, bo rozboli cię głowa”, rzucono w dialogach wibbly wobbly, timey wimey stuff i skoncentrowano się na budowaniu postaci.


Gdzie jest logika?

Dwa dni po obejrzeniu filmu, uderzyło mnie jedno. Zasady działania świata w Tenet są… nielogiczne. Nie biorą zupełnie pod uwagę nieprzewidywalności ludzkiego zachowania. Aby wszystko mogło zagrać tak, jak trzeba, ludzie są bezwładnymi marionetkami czasu. Nie ma miejsca na reakcję wywołaną zdziwieniem, czy strachem.

Obserwujemy sceny rozgrywane dokładnie tak samo. I jasne, film nam mówi wprost, że przewaga cofania się w czasie jest jedna: przeżyliśmy dane wydarzenie, więc wiemy, jak przebiegnie. Możemy to wykorzystać i zadziałać, jak nam się podoba.

Przy czym mówimy tu o tak idealnym zapamiętaniu biegu wydarzeń, że jesteśmy w stanie zareagować na nie co do sekundy. I to jest coś, czego za cholerę w tym filmie nie kupuję.


Jestem Protagonistą!

Może jestem wyjątkiem, ale coś mnie mierzi, gdy bohater sam siebie nazywa Protagonistą. I tak też jest podpisany na IMDB (czy zapomniano mu wymyślić imię?). To trochę tak, jakby Loki w Avangersach stanął na środku i krzyknął: jestem skomplikowanym antybohaterem!

No, ale dobrze, nie byłoby to tak dużym problemem, gdyby ten bohater (lub jakikolwiek inny), został w tym filmie napisany. Niestety nie jest. Protagonista grany Washingtona nie ma chemii absolutnie z nikim — poza Pattinsonem, ale mam wrażenie, że to nie jest akurat zasługa Johna. Co gorsza, nie ma też żadnej chemii z widzami. Im dalej w las, tym mniej rozumiałam, dlaczego mam się przejmować akurat nim. I tak wiem, pisze to już po raz tysięczny. Ale naprawdę dawno nie widziałam filmu, w którym bohaterowie byliby mi tak obojętni.

Kolejna jest Elizabeth Debicki, która dostała identyczną rolę jak w Night Managerze. Tylko gorszą. Naprawdę mam ważenie, że ten film wziął różne pomysły z dzieł popkultury i przetrawił je na gorsze rozwiązania. Porównanie jednak nie jest bezpodstawne. Debicki znów gra żonę brutalnego bogacza, tym razem Rosjanina. I ja rozumiem, że ona ma w sobie coś z bogatej damy, ale jeżeli chcecie ją w takim wydaniu zobaczyć, to naprawdę włączcie sobie powyższy serial.

Co jednak jest jeszcze bardziej irytujące, nie ma żadnego, ŻADNEGO, logicznego powodu, dla którego Protagonista miałby się przejąć losem bohaterki Elizabeth. Ot tak, nagle stwierdza, że zaryzykuje życie dla matki z dzieckiem. Nie ma między nimi żadnej chemii, żadnej nici porozumienia. I nie chodzi o romans, ale o coś, co sprawiłoby, że jako widz rozumiem, dlaczego akurat dla nich postanawia się poświęcić.

Nie mogę też nie załamać się nad Kennethem Branaghem. Że dobrym aktorem jest, mówić nikomu nie trzeba. No, chyba że widzieliście go tylko w Tenet. Mówi z okropnym rosyjskim akcentem i gra najmniej przekonującego złola w historii. Już nie wspomnę o naprawdę kretyńskich pobudkach niszczenia świata: umieram, więc wszystko umrze razem ze mną.

Mam wrażenie, że widać, jak jestem tym filmem poirytowana.

Na koniec zostawiłam Roberta Pattinsona. I bynajmniej nie dlatego, że jego bohater jest lepiej napisany od powyższych. Ale dlatego, że Robert postanowił wyciągnąć z niego wszystko, co się da. Zbudował więc go na mimice, gestykulacji, tonie głosu. I choć mówi te same drętwe dialogi, miałam ochotę marudzić na głos, że jest go zdecydowanie za mało. Bo był jedyną osobą, którą się przejęłam.


Muzyka, muzyka… boshe, muzyka…

Chyba po raz pierwszy w historii Bałaganu będę narzekać na udźwiękowienie filmu. Bo było dosłownie tragiczne. Nie przysłuchałam się co prawda dialogom (jak widzę napisy, automatycznie czytam napisy) – ale wieści zza oceanu głoszą, że były za ciche i niezrozumiałe.

I jestem w stanie w to uwierzyć. Bo muzyka w tym filmie była stanowczo za głośna. O ile jeszcze w spokojnych scenach nie biła po uszach, tak gdy przechodziliśmy do scen akcji, dosłownie nie dało się siedzieć w fotelu. W finałowej sekwencji siedzący obok mnie Michał musiał zatkać uszy, bo nie mógł wytrzymać natężenia hałasu.

Zastanawiam się, czy to miało wyrwać widzów z odrętwienia i machnięcia ręką na fabułę? Bo mnie wyrywało. Szkoda tylko, że z powodu uczucia drgania każdego organu wewnętrznego, a nie z zainteresowania fabułą.


Tenet na pewno jest filmem, który zyskuje przy ponownym obejrzeniu. Aby na 100% połączyć wszystkie kropki, trzeba znać wcześniej wydarzenia i z pewnością został nakręcony z taką myślą. Problem jest jeden. Nie mam ochoty tracić kolejnych dwóch godzin z życia, by się przekonać, czy Tenet spodoba mi się bardziej, czy nie. I z tego co widziałam w mojej internetowej banieczce, nie jestem osamotniona w tym uczuciu.