Advertisement

Main Ad

Amerykańskie wojsko jest super, czyli Prezenty z Nieba

 Z pewną rezerwą podchodziłam do Prezentów z Nieba. Moje ostatnie spotkanie z aktorką Kat Graham w filmie Świąteczny Kalendarz skończyło się skonaniem z nudów i oglądaniem go na dwa razy. Swoją drogą, widzę, że Kat z wampirów przeszła na promocję świąt.

Czy Prezenty z Nieba są lepsze? I tak, i nie. Na pewno nie umiera się z nudów w trakcie i mają kilka uroczych scen (oraz jedną, której nie powinno być, bo jest żenująca dla widza). Z drugiej strony, jest to film tak standardowy i pełen klisz, że jeżeli widzieliśmy już kiedyś jeden w tym stylu, to widzieliśmy je wszystkie.

Zacznijmy od tego, że nasza główna bohaterka Erica, pracuje dla kongresmenki i ma spore szanse zostać szefową sztabu. Oczywiście nic nie przychodzi za darmo. Owa kongresmenka chce zamknąć jedną z baz wojskowych leżącą na granicach USA i potrzebuje dobrego argumentu, by to zrobić. Okazuje się, że baza ta przeprowadza tzn. Operation Christmas Drop, czyli pomoc humanitarną dla lokalnych społeczności, zrzucając w czasie świąt najpotrzebniejsze rzeczy z samolotów. Dlaczego z samolotów? Baza znajduje się na wyspie i otacza ją wiele innych, podobnych wysp. Operacja musi więc odbyć się z powietrza.

To powiedziawszy, warto zaznaczyć, że taka akcja faktycznie ma miejsce i zaangażowani są w nią żołnierze zarówno ze Stanów, jak i z Australii i Japonii. I nie mam nic przeciwko, by została ona nagłośniona przez film świąteczny, bo fajnie, że gdzieś na świecie wojsko nie działa tylko czysto militarnie.

Wróćmy jednak do fabuły. Dlaczego Operation Christmas Drop jest na rękę pani kongresmen? No cóż, amerykański podatnik musi przecież płacić za te rzeczy, to na pewno dużo kosztuje, a wojsko z pewnością kantuje i kłamie w papierach.

Erica wyrusza więc na tropikalną wyspę w tuż przed świętami, co jest jej poniekąd na rękę. Dzięki temu nie będzie musiała spędzać świąt z ojcem i macochą. Ląduje na plaży, gdzie po całości oprowadza ją przystojny i wysportowany Andrew. W roli naszego wojskowego występuje Alexander Ludwig, którego na pewni znacie z Wikingów.

Para oczywiście na początku za sobą nie przepada, aby z każdym kolejnym dniem lubić się coraz bardziej. Andrew pokazuje Erice, na czym cała akcja polega, a ona wspaniałomyślnie stwierdza, że ma gdzieś swoją karierę, jest gotowa wszystko zaryzykować.

Tu następuje scena, którą powinni wyciąć i nie pokazywać, że została nakręcona. Podczas odwiedzin na jednej wyspie, Erica tak bardzo przejmuje się, że dzieci są odcięte od Internetu i zdalnego nauczania, że… oddaje im zawartość swojej torebki. W tym szczotkę do włosów i gumki. Scena jest o tyle krindżowa, że przez większość filmu mówi się o potrzebie zakupu generatorów, dostarczenia leków, bo do szpitala daleko itd. Nikt nie potrzebuje trzech gumek do włosów, gdy nie może kontynuować edukacji.

Finału chyba nie muszę Wam opisywać. Jak pisałam, widzieliście jeden, widzieliście wszystkie.

Z jednej strony jest to więc film sympatyczny i może właśnie dokładnie taki, jaki na święta chcemy. A wedle zasady, że lubimy to co znamy, można spokojnie oglądać go i się rozczulać przy lepieniu uszek i mieszaniu kapusty z grochem.

Z drugiej strony, trudno tu mówić o jakiejś szczególnej chemii między bohaterami. Raz jest, raz nie ma, bardziej wyglądają jak dobrzy znajomi, niż para, która ma się w sobie zakochać. Ozdoby świąteczne średnio pasują do klimatu wyspy, ale żołnierze robią, co mogą, by było choć trochę zimowo i domowo, i te sceny są urocze.

Problem w tym, że w tym wszystkim leży wielka reklama amerykańskiego wojska. Wojska, które nie marnuje ani złotówki, a połowa tej akcji to w ogóle jest za darmo, tacy są zaradni i tak dbają o kieszenie podatników. Tu zrzucają prezenty w ramach manewrów szkoleniowych, tam choinki sprowadzają za darmo przy okazji innych przelotów, a na całą resztę zrzucają się bardziej i mniej bogatsi mieszkańcy wyspy. No i wszystko odbywa się po godzinach pracy.

Co całkowicie się kłóci z początkiem filmu, gdzie usilnie ukrywali wszystkie działania wokół tego projektu.

Przyznam, że dla mnie finał miałby dużo lepszy wydźwięk, gdyby okazało się, że tak, wojsko wykorzystuje środki, jakie dostaje, by móc tę akcję przeprowadzać. Ale hej! Ona jest tak ważna, że pomóżmy im to ogarnąć tak, by jak najmniej bolało to podatnika znajdującego się daleko.

Finalnie, nie uważam, by Prezenty z Nieba były złym, czy marnującym czas filmem świątecznym. Są bardzo przewidywalne, ale może przez to w pewien sposób urocze. Jeżeli chcecie film, w którym na pewno wszystko dobrze się kończy, a równocześnie z przejęcia nie przypalicie karpia, to to jest ten film. Nie jest wart wracania do niego co roku. Ale w 2020 może potrzebujemy przesłodzonej reklamy amerykańskiego wojska.