Advertisement

Main Ad

Podsumowanie 2020

 Powiedzmy sobie szczerze, 2020 rok jest jednym wielkim zaskoczeniem. Już gdzieś słyszeliśmy o jakimś wirusie, ale bez przesady, był daleko. Bardzo daleko. Ważniejsze były pożary w Australii (pisząc to, mam wrażenie, jakby wydarzyły się 10 lat temu).

A równocześnie, przecież nie tylko pandemią człowiek żyje. Prawda?


No to, jak było?

Ten rok był dla mnie pod tym względem bardzo wyjątkowy pod względem dbania o zdrowie psychiczne. Dość, że w lutym zrobiłam sobie całkowitą przerwę od bloga i wróciłam dopiero w maju, tak potrzebowałam dokładnie tej samej w grudniu (choć zaledwie kilkudniowej) i zamiast 12, opublikowałam 6 filmów świątecznych. Niech to będzie znak tych czasów.

Ale przecież to nie wszystko.

W tym roku przełamałam własny strach i dałam się posadzić na rollercoasterach w Energylandii. Prawda jest taka, że gdyby to nie było urodzinowe życzenie Michała, w życiu bym się tam nie udała. Finalnie bardzo się cieszę, że jednak poszłam i poczułam ten dreszczyk emocji, szaleństwa (oraz chwilowej paniki na jednej z atrakcji). Ale szybko mnie tam z powrotem nie zobaczycie i to nie tylko ze względu na cenę biletów 😉

Razem z Asią wystartowałam także z naszym podcastem FANtropia, z którego jestem bardzo dumna. Prawie cały 2019 myślałam, żeby coś takie rozpocząć i ciągle nie wierzę, że zaraz będziemy świętować rok. I choć nie zawsze publikowałyśmy tak często, jak byśmy chciały, to hej: właśnie jesteśmy na 3 sezonie i opublikowany został 24 odcinek. Każdy z nich ma około godziny (a niektóre nawet półtorej). Myślę, że jest się z czego cieszyć 😊

Skończyłam też 30 lat i świętowałam je aż dwukrotnie. Najpierw bardzo kameralnie z chłopakiem i rodzicami, bo trzydziestka zastała mnie w pierwszej fali pandemii. A później, na imprezie-niespodziance, gdy pandemia na chwilę zwolniła i spotkania znów były legalne. A wszystko w klimacie Harry’ego Pottera.

Z rzeczy mniej przyjemnych, w tym roku pożegnałam się też z moich ukochanym psiakiem. Cola dożyła sędziwych 17 lat i dwóch miesięcy, i nie mogę uwierzyć, jakim cudem ten czas tak szybko minął. Ciągle mam wrażenie, że gdzieś tu jest. I pewnie tak już zostanie.

Pomimo pandemii, w tym roku zdążyliśmy się także przeprowadzić. Co prawda, ciągle w tym samym mieście i wcale nie tak daleko od wcześniejszego mieszkania, ale to było coś, czego zupełnie nie planowaliśmy. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później będziemy musieli to zrobić, jednak jakoś wydawało się, że jeszcze nie w tym roku. Splot okoliczności, pojawienie się ciekawe oferty, szybka decyzja i oto jesteśmy w nowym miejscu już prawie pół roku.

Równocześnie, świat za nic nie chciał zwolnić. Najpierw z przerażeniem obserwowaliśmy protesty w USA, by w końcu zobaczyć je także na swoim podwórku. Rządzący chyba nie spodziewali się, że zdenerwowanie społeczeństwa może być tak mocne, że są gotowi ryzykować zdrowie i życie w środku pandemii. Mieliśmy więc zagorzałą walkę o prawa osób nieheteronormatywnych, a później Strajk Kobiet. Oba wydarzenia przypominają bardzo mocno, że wystarczy władzę na chwilę spuścić z oka, by zechciała zepchnąć niewygodne dla niej jednostki na margines.

Nie można zapomnieć też o wyborach prezydenckich. Najpierw w Polsce, później w USA. Nie ukrywajmy, w Stanach poszło im w tym roku lepiej.

No i najważniejsze. Wszyscy nasi bliscy, zarówno rodzina, jak i znajomi, ten rok przeżyli. Korona nas ominęła całkowicie, a tych, co złapała, potraktowała łagodnie – bez konieczności wizyt w szpitalach i respiratorów. Za co jestem bardzo, bardzo wdzięczna. I mam nadzieję, że w 2021 się to nie zmieni.

Popkulturalne szaleństwo

Tytuł trochę przewrotny, bo powiedzmy sobie szczerze, popkultura na chwilę stanęła w miejscu. Choć nie tak od razu.

Filmowo zachwyciłam się więc na początku roku Małymi Kobietkami (które mam zamiar odświeżyć i w końcu coś o nich napisać) i jako jedyna na świecie zachwyciłam się Kotami. W drugiej połowie totalnie załamałam się na Tenet (którego coraz bardziej nie cierpię. Im dalej od seansu, tym mnie ten film bardziej irytuje).

Ale przede wszystkim, był to dla mnie rok serialowych odkryć. Totalnie zakochałam się w Black Sails, piszę nawet do niego fanficka i choć widziałam go na samym początku pandemii, nie umiem przestać o tym serialu myśleć. Kolejnym takim (o którym na razie rozmawiałam tylko w podcaście, ale pojawi się także na Bałaganie) było Banshee. To jaki ten serial jest cudowny, zarówno fabularnie, jak i pod kątem tropów popkulturowych, można by pisać całe książki. I nie wyczerpać tematu.

Ale przecież mieliśmy także Gambita Królowej. Cudowny, hipnotyzujący serial, którym zachwycałam się na facebooku. A koniec roku uraczył nas doskonałą wersją nowej Plotkary, tyle że umieszczoną w pseudohistorycznych czasach. Oczywiście mówię o Bridgertonach.

Jeżeli chodzi o książki, to w tym roku pobiłam ostatnie lata. Ale wydarzyło się to tylko dzięki temu, że… powróciłam do swoich ulubionych książek. Po latach powtórzyłam całą serię Harry’ego Pottera, odkrywając, że nadal mi się podoba i jak wiele z niego nie pamiętam (lub jak wiele wydarzeń nadpisały mi filmy). Podczas czytania zaskoczyło mnie także to, że nie widzę przed oczami aktorów filmowych. Widać Rowling naprawdę umie w opisy postaci.

Ponieważ wyszedł prequel do Igrzysk Śmierci, powtórzyłam także je. I znów, nadal bardzo lubię tę serię, nadal uważam Kosogłosa za najlepszą część i nadal podoba mi się finał trylogii (który filmy całkowicie zepsuły). Sam prequel, Ballada Ptaków i Weży, uważam za bardzo udany. I czy miałam zamiar o tym wszystkim napisać na blogu? Owszem. Jeżeli czegoś żałuję blogowo, to tego, że nie znalazłam na to najpierw czasu, a później chęci. Ale kto wie, może w przyszłym roku uda mi się w końcu zebrać myśli.

Powtórki 2020 zakończyłam na Panu Lodowego Ogrodu. I choć wiem, że sam wiele osób ma z nim problemy, a sam autor podpisał się pod listem, z którym się głęboko nie zgadzam, to – kurczę! – nadal lubię tę serię, ten pomysł i tych bohaterów. Nie mam zamiaru temu zaprzeczać.

Rok z kolei kończę na dwóch zachwytach. Przede wszystkim udało mi się dorwać do pierwszej części trylogii Grisza, Cień i Kość. I już nie mogę się doczekać, by przeczytać kolejne. Tym bardziej że trudno było je kupić, cały nakład się chyba rozszedł, bo aż do grudnia wszędzie widziałam tylko e-booki.

Drugim moim zachwytem jest książka Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie. Jest to fantastyczne rozłożenie na części pierwsze nie tylko samego serialu, ale także wszystkich okoliczności, jakie musiały stanąć, by mógł zostać niekwestionowanym hitem oraz nieodłączną częścią popkultury dla wielu pokoleń. Książka rozważa oczywiście nie tylko jego zalety, ale także wady (jak homofobiczne żarty) oraz wiele zakulisowych problemów, które nie tylko ciążyły serialowi na początku, ale pojawiały się także w trakcie jego kręcenia. Polecam ją gorąco, nie tylko fanom. Jeżeli jesteście ciekawi, jakim cudem Przyjaciele są takim fenomenem, skoro was ten serial nigdy nie bawił, tutaj znajdziecie na to odpowiedź. Wbrew pozorom dość wyważoną, sama autorka widzi wiele wad tej produkcji, szczególnie rzucających się w oczy po tylu latach od jej powstania.

Ten rok był dla mnie zaskoczeniem także muzycznie. Jak wiecie, jestem ogromną fanką Taylor Swift. I choć moim pierwszym rozczarowaniem było to, że nie pojadę na jej pierwszy koncert w Polsce (z oczywistych przyczyn odwołany), tak wielkim i pozytywnym zaskoczeniem okazała się nie jedna, ale dwie (!) nieoczekiwane płyty, jakie wydała. I obie są fantastyczne. Trudno chyba bardziej rozpieścić fana.

Na koniec roku, miałam przyjemność znów zagościć w podcaście Radia Tok FM i porozmawiać o filmach świątecznych. Co trochę mnie bawi w kontekście tegorocznego cyklu, którego nie dociągnęłam do końca.

 

A jak Wam minął 2020? Mam nadzieję, że przede wszystkim był łaskawy. I oby 2021 był stopniowo coraz lepszy 😊

Prześlij komentarz

0 Komentarze