Advertisement

Main Ad

Nie tak odległy świat, czyli Carnival Row

 

Lubię fantastykę z wielu powodów. Z jednej strony uwielbiam zanurzyć się w całkowicie obcym świecie, spotykać postaci i przeżywać rzeczy, których nigdy nie można by spotkać i przeżyć naprawdę. Uwielbiam magię, która pozwala władać naturą.

Ale cenię ją mocno za jeszcze jeden aspekt. Wiele z tych historii – choć nie każda – jest odbiciem lustrzanym naszego świata i potrafi celnie przedstawić i skomentować zjawiska społeczne. Widać wtedy jak na dłoni, jak bezsensowny jest rasizm, czy seksizm. Oczywiście, widać dla tych, którzy chcą to zobaczyć. Wielu fanów Wiedźmina do tej pory nie widzi, że to książki krytykujące mi.n. rasizm.

I czymś takim jest dla mnie Carnival Row, kolejny serial ze stajni Amazona, który mnie zachwycił. Najpierw było to The Boys, później Dobry Omen, a teraz to. Zaczynam się zastanawiać, czy na tej platformie są złe rzeczy – skończyłam na dniach mój ukochany The Expanse, który Amazon zrobił jeszcze lepszym serialem, niż był przed przejęciem. Ale, wracając do tematu…

Carnival Row ma dość prostą fabułę. Mamy inspektora Rycrofta Philostrate’a (Orlando Bloom) oraz Vignette Stonemoss (Cara Delevingne). Od początku wiadomo, że tych dwoje coś łączy, ale poznajemy ich już dawno po zakończeniu związku, który zapewne byłby udany, gdyby nie rozdzieliła go wojna. Związku tym bardziej dziwnego, że on jest człowiekiem, a ona wróżką. Bohaterowie nie są sobie obojętni, ale ich przeszłość – zarówno wspólnie przeżyta, jak i lata spędzone osobno, sprawiają, że nie wpadają sobie w ramiona ot tak.

Z drugiej strony, inspektor Philo prowadzi dziwne śledztwo. Seryjny morderca konsekwentnie zabija ludzi z miasta. Niestety, część z zamordowanych to nieludzie, więc policja średnio przejmuje się całą sprawą, ale Rycroft nie chce odpuścić.

A to wszystko okraszone wiktoriańskim klimatem.


Jak mówiłam, główne wątki w serialu nie są skomplikowane i zdecydowanie mogą się wydać wtórne. I o ile zgodzę się z tym, jeżeli chodzi o samo śledztwo – które nie jest najciekawszą częścią serialu – tak wszystko, co dzieje się dookoła, jest fascynujące.

Przede wszystkim, poznajemy stopniowo historię Philo i Vignette, a jest to podawane w odpowiednich dawkach i momentach. Uwielbiałam oglądać i dowiadywać się, co działo się wcześniej i jak to się stało, że znaleźli się w takim, a nie innym miejscu.


Ale obok nich, żyją też inni. Jak Imogen Spurnrose (Tamzin Merchant) z bratem Ezrą (Andrew Gower), którzy pochodzą z majętnej rodziny. I stają na skraju bankructwa. Jak na złość im, naprzeciwko wprowadza się Agreus Astrayon (David Gyasi). Agreus to puk. Co jest oburzające dla mieszkańców, puk powinien bowiem służyć i cieszyć się, że może pracować jako lokaj, a nie posiadać majątek. I człowieka, jako lokaja.

Serial doskonale obrazuje, jak bogate towarzystwo kompletnie nie wie, co zrobić z Agreusem. Nie mogą go kazać aresztować, bo przecież nie łamie żadnego prawa. Są obrzydzeni i oburzeni tym, że mieszka obok, tym, że nosi bogate ubrania, w końcu tym, że ktoś taki jak on, w ogóle ma czelność być bogaty. Z drugiej strony – no właśnie. Jest bogaty. To, jak wyglądają relacje między nim a Imogen jest fantastycznie poprowadzone. A przy tym, jakże prawdziwe.


Podpatrujemy także to, co dzieje się w polityce miasta. Tytułowe Carnival Row to tylko dzielnica, na której pracuje i mieszka najwięcej nieludzi. To tam też, znajduje się burdel, gdzie można uprawiać seks z wróżką – i nie będzie zaskoczeniem, gdy napisze, że interes się nieźle kręci. Jednak nieludzi jest coraz więcej, chcą coraz więcej praw i odbierają pracę porządnym mieszkańcom (w końcu zarabiają mniej, więc są chętniej zatrudniani). Mówiłam, że fantastyka doskonale komentuje narrację prawdziwej polityki?

Oglądamy obrady, gdzie dwa przeciwne sobie ugrupowania gryzą się w tym temacie. Jedni uważają, że nieludziom należy się szacunek (choć bez przesady, żeby podnosili im pensje, ale choć trzymają się zasady jakiegoś minimalnego poszanowania drugiej istotny). Drudzy, najchętniej wywaliłoby całą zgraję poza granice miasta, pomimo że nieludzie uciekają przed wojną i wielu z nich przybyło tu ratować swoje życie.


Więc pomimo że określa się ten serial jako fantastykę z kryminałem, jest tutaj dużo, dużo więcej. Carnival Row doskonale komentuje społeczne napięcia. I patrząc na to, jak pierwszy sezon się zakończył – nie ma zamiaru przestać tego robić.

Doceniam też bardzo wiktoriański klimat. Światy fantasy mimo wszystko przedstawia się często, jako bardziej kolorowe, czy baśniowe. Nawet jeżeli panuje w nich mrok, to jest to mrok nieznany. W Carnival Row kurz jest znajomy. Przygaszone słońce również. Deszcz też pada taki sam. Tylko towarzystwo bardziej międzygatunkowe.


Podobno w tym roku ma wyjść sezon drugi. I bardzo, bardzo na niego czekam. Bo to jest serial skrojony pode mnie. Uwielbiam, gdy dostaję wgląd w to, jak dany świat wygląda i funkcjonuje. Czy wszystkie wątki podobały mi się tak samo? Nie. Ale jestem gotowa przymknąć na nie oko, bo zakochałam się w tym pomyśle, jako całości.

I tak mi przyszło do głowy, że gdyby ktoś postanowił wziąć ten pomysł i zrobić z tego film – to dostalibyśmy taki sobie wątek kryminalny z romansem w tle. Tymczasem dostaliśmy serial, gdzie owszem, jest i sprawa kryminalna i romans, ale nie są wszystkim. Są tylko punktem wyjścia.

Prześlij komentarz

0 Komentarze