Advertisement

Main Ad

Tak się robi adaptacje, czyli serial Cień i Kość

Jak doskonale wiecie, bardzo czekałam na ten serial. W książkach się zakochałam, bo chociaż nie mają skomplikowanej historii, to Trylogia Grisza dzieje się w bardzo ciekawym świecie, co dla mnie jest ogromnym plusem. Uwielbiam światotwórstwo. A potem jeszcze zdążyłam przeczytać dylogię Szóstki Wron i przepadłam całkowicie. Równocześnie, bardzo podekscytowały mnie zwiastuny, bo nie ukrywajmy- to wyglądało naprawdę dobrze!

Ale nie obyło się też bez stresu. Jak połączą historię Aliny i Wron, skoro oryginalnie one nie mają ze sobą nic wspólnego – oprócz tego, że toczą się w tym samym świecie? Ale nawet ten sam świat nie dawał odpowiedzi, bo obie historie w książkach dzieją się w kompletnie innych miejscach na mapie. Na szczęście w całość zaangażowana była autorka książek, Bardugo, która dopilnowała, by całość łączyła się mądrze i sprawnie. I była jedną z najlepszych adaptacji, jakie widziałam.

Zacznijmy od tego, że serial zmienił wiele małych detali. W trylogii poznajemy wszystko z perspektywy Aliny, a nie jest ona równocześnie najbardziej wiarygodnym narratorem. Serial całkowicie od tego odszedł – dostajemy perspektywę zarówno jej, jak i Mala, jak i naszych Wron (choć w okrojonym składzie), oraz Niny i Matthiasa. Dodaje to serialowi bardzo, bardzo dużo.

Po pierwsze dlatego, że Alina w książkach głównie przechodzi z jednego miejsca na drugie. W pierwszym sezonie siedzielibyśmy więc głownie w Małym Pałacu i pozostawiono by nas w przekonaniu, że oglądamy piękne dekoracje, ale trudno byłoby w ten świat uwierzyć. Zamiast tego, dostajemy pałace i komnaty Ravki z Aliną i Zmroczem, dzikie lasy znajdujące się na pograniczach państw Ravki i Fjerdy, gdzie śledzimy Mala, a na to wszystko zatłoczony, ciasny i hałaśliwy Katterdam z Wronami.

Ten świat żyje, jest barwny, a każde miejsce ma swoją kulturę. Nie poznaliśmy co prawda za bardzo świata Matthiasa, ale zestawienie go z Niną bardzo dobrze pokazuje, jak wyjątkowa na świecie jest pozycja Griszów w Ravce.

Nie zabrakło też polityki, która choć w książkach się pojawia, to nie tak od razu. W powieści Alina przez jakiś czas nie rozumie do końca, jak ważną rolę powinna odegrać i jak duży może mieć wpływ, na każde państwo dookoła. Słyszy tylko, że może być dla nich zagrożeniem lub wybawieniem.

W serialu widzimy to wyraźnie, od Katterdamu, który będzie chciał na niej zarobić, po Novokribirsk, który jest w serialu zaskakującym politycznym dodatkiem i jego chęć zostania państwem niezależnym jest doskonałym posunięciem. W końcu kto by chciał sluchać jakiegoś Cara, kóry siedzi za Fałdą i nawet nie ma jak dwiedzić poddanych. Dodaje to prawdziwości politycznej całego Grishaverse i zastanawiam się, czy to jest pomysł Bardugo od początku, tylko nie miała go jak wsadzić do książek, czy może wyszło to dopiero w trakcie pisania scenariusza.

Dodanie Wron do całości, również sprawiło, że serial wyrywa się ze swojego oryginalnego nurtu Young Adult. Oczywiście, ciągle mamy wątek pomiędzy Aliną i Zmroczem, ale nie musi on przecież interesować każdego. Wrony dodają tutaj klimat heist movie, a także prowadzają ogromną ilość humoru, na który nie było za bardzo miejsca w samej trylogii.

I chociaż Zmrocz ma kilka zamierzenie zabawnych scen, to właśnie Wrony służą za kontrapunkt narracji. Mają też całkowicie inny sposób prowadzenia kamery, co bardzo dobrze podkreśla, jak innymi są bohaterami i co ich w rzeczywistości napędza.

A jak te historie zostały połączone? O ile przy samej Alinie, Zmroczu, czy Malu możemy sobie zaznaczać zmiany względem książki, tak przy Wronach jest to niemożliwe. Kaz, Inej i Jesper dostali historię sprzed fabuły książkowej, która w ciekawy sposób rozwija bohaterów.

Dla czytelników jest to fajne spojrzenie na to, co Wrony mogły robić zanim je poznaliśmy w książkach, a równocześnie nie są to jeszcze do końca TE Wrony. Mam na myśli to, że w książkach dostaliśmy ekipę już na pewnym stopniu rozwoju, pewności siebie, wyrobienia swojej pozycji w Katterdamie. Tutaj nie mają jej jeszcze tak wysokiej, Kaz ciągle musi udowadniać swoją wartość (pomimo że już przewodzi całemu klubowi), Inej nadal nie wyrwała się ze swojego kontraktu. Najmniej inny jest Jesper, który jak zawsze, stara się udowodnić swoją wartość i walczyć z nałogiem.

Jeżeli mam się do jakiegoś wątku przyczepić – dla mnie wątek Niny i Matthiasa, choć uroczy, był bardzo oderwany od całości i absolutnie nic nie wnosił do głównej historii. Zastanawia mnie też bardzo (przez to, jak potoczył się w książkach o Wronach), czy nie został aby wprowadzony za wcześnie.

Co prawda serial nigdzie nie mówi, ile mija czasu, ale mam takie ogromne wrażenie, że mi się tutaj linie czasowe za nic nie stykają. I zdecydowanie bardziej podobało mi się to, że w książkach Nina wpakowała się w kłopoty, bo była młoda, zuchwała i zbyt pewna siebie. Ta zmiana serialowa - jako jednak z niewielu - nie przypadła mi do gustu.

Wyrzuciłabym ten wątek z jeszcze jednego powodu (przy całej mojej miłości do tych bohaterów). Zabrał on czas na to, by pokazać, jak bardzo życie w Małym Pałacu jest skomplikowane. Nie widzimy w serialu podziałów, jakie dzielą Griszów, ba, nie jest nawet powiedziane, jak niską pozycje zajmuje w tym wszystkim Genya. Przez co historia tej postaci jest dużo mniej dramatyczna.

Brak życia w Małym Pałacu sprawia, że nie czujemy upływu czasu i tego, że Alina spędziła tam kilka miesięcy, zdążyła sie zadomowić - co w kontekście tego, co musi zrobić  finale, zupełnie nie wybrzemienia jako decyzja zwyczjanie dla niej trudna.

Te braki sprawiają, że choć serial nakreśla niechęć Zoyi do Aliny, to równocześnie, zupełnie ona nie wybrzmiewa, a jednak ma to znaczenia w kontekście całego rozwoju tych postaci.

Zabrakło mi także bardzo treningu fizycznego Aliny – w książkach była nie najlepiej wysportowaną dziewczyną. Zresztą serial też podkreśla, że nie miała w tym kierunku talentów, więc kazano jej złapać za ołówek i pochłaniać wiedzę, by na froncie mogła pracować jako kartograf, a nie jako żołnierz z karabinem.

Bardzo podoba mi się natomiast cała zmiana w wątku Zmrocza i Aliny, która sprawia, że jest ona bardziej odważną dziewczyną. W powieści to jednak on był prowodyrem i bez przerwy peszył dziewczynę, która nie do końca mogła uwierzyć, że taki człowiek zwraca na nią uwagę. Ale o ile siedząc w głowie Aliny można było poprowadzić tak powieść, na ekranie zupełnie by to nie przeszło.

Dostaliśmy więc sceny, które jasno mówią, że nie tylko on jest zainteresowany, ale także to, że Alinie Zmrocz się zwyczajnie podoba. Ona chciałaby iść z nim na randkę, spędzać z nim czas. Te wszystkie sceny rozmów, spojrzeń, uśmiechów, pocałunków, sprawiają, że gdy dochodzimy do finału, czujemy dramatyzm tych bohaterów.

Nie tylko Aliny, ale także samego Zmrocza. Bo trzeba przyznać, ze Ben Barnes dodał temu bohaterowi wiele człowieczeństwa. Dał mu to, co widziałam w już trochę w książkach, a równocześnie wiem, że to była moja interpretacja tej postaci – i bardzo mnie cieszy, że serial poszedł w tę stronę. Bo sprawia, że historia Zmrocza robi się ciekawsza, bardziej niejednoznaczna i pozwala choć trochę zrozumieć jego motywacje.

Ale nie tylko Ben Barnes się spisał. Cała obsada została tak dopasowana, że mam poczucie, jakby wyjęto mi ją z głowy. To jest lekkie kłamstwo w przypadku Aliny, ponieważ Jessie Mei Li zmienia rasę bohaterki, ale raz, że dostało to w serialu doskonale wykorzystane jako jeden z wątków (i żałuję, ze nie ma tego w książce), a dwa, Jessie jest tak doskonałą Aliną, że nie wyobrażam sobie innej. A co ważne, ma odpowiednią chemię ekranową z Benem, dzięki czemu wierzymy w to uczucie bez problemu.

Jedną z najsłabszych postaci w powieści był Mal. I muszę przyznać, że Archie Renaux zrobił co mógł, by coś z tego bohatera wyciągnąć. Czy Mal zrobił się nagle fascynujący i zyskał trzy kilogramy charakteru? Nie. Ale równocześnie, sceny między Archiem a Jessie sprawiają, że widzimy między nimi faktyczną historię i to, że są sobie bliscy. Więcej, serial obdarł Mala z bardzo toksycznego zachowania, jakie ma w książkach – za co jestem bardzo wdzięczna.

Jednak moim ulubionym wyborem jest Freddy Carter w roli Kaza. Nie wyobrażam sobie lepszego aktora do tej roli. To jest tak bardzo mój Kaz, dokładnie tak, jak go sobie wyobrażałam. Ma wszystko, czego Kaz potrzebuje, od charyzmy, po to uważne spojrzenie oraz "minę kombinatora”.

Amita Suman jako Inej jest taka jak powinna być, mała, wiotka, niczym Zjawa. A do tego potrafi pokazać szarpiące dziewczyną niepewności i dramat, jaki stoi za tą postacią. A Kit Young wyciągnął z książek całą jesperowatość. Nie da się bardziej. Plus, ma taki urok osobisty, że ja się dziwię, że Zmrocz jednak nie rzucił Aliny dla niego.

Z kolei Danielle Galligan, jako Nina oraz Calahan Skogman, w roli Matthiasa, idealnie wydobyli z bohaterów i ich relacji to, na czym opiera się cała ich historia. Danielle jest odpowiednio seksowna i bezczelna, Calahan doskonale prezentuje bohatera z kultury typowego patriarchatu. Ich zderzenie się ze sobą, wzajemne fizyczne przyciąganie, tak sprzeczne ze wszystkim, w czym zostali wychowali, elektryzuje. I choć mam duży zarzut do tego wątku, że jest już teraz i to tak wyrwany, to równocześnie, trudno mi się złościć, gdy przypomnę sobie ich urocze sceny.

A to tylko plan pierwszy. Serial jednak na nim nie przestał i zadbał też o plan drugi i trzeci. Jest to dla mnie doskonały przykład, zaraz po Supernatural, jak dobrze osadzone plany dalsze potrafią ożywić całość i sprawić, że mamy swoich ulubionych bohaterów nawet w postaciach, pojawiających się na chwilę. Wiele także do nich dodali. Gdy w książkach postacie z tła rozmywały się i stanowiły trochę jedną wielką masę, tutaj rozpoznajemy je bezbłędnie, choćby pojawiły się tylko na jedną minutę.

Netflix w adaptacji Cień i Kość zrobił to, co powinno się robić zawsze. Wyrzucił to, co na ekranie nie zagra. Dodał rzeczy, które sprawiają, że historia jest interesująca nawet dla tych, którzy książki znają. A równocześnie, zachował klimat opowieści, nie zmienił bohaterów, a dodał im głębi. A przy okazji, dużo zainwestował, bo nie ukrywajmy, ten serial naprawdę dobrze wygląda – wręcz nie kojarzy się z produkcją ze stajni Netflixa.

Mam ogromne nadzieje na kolejne dwa sezony, bo najlepsze i najciekawsze momenty tej historii dopiero przed nami. I najlepszy bohater, jakim jest Nikołaj (staram się głęboko wierzyć, że Bóg Castingu ekipy nie opuścił i to będzie kolejny strzał w dziesiątkę). A potem, tak cichutko marzę, że dostaniemy dwa osobne sezony poświęcone dylogii Wron.  W końcu mają już ten Katterdam wybudowany, prawda? Po co to marnować.

A na razie, pozostaję w pełni usatysfakcjonowana i szczęśliwa. Dawno nie czułam tak mocnego, fanowskiego uniesienia. Ba, nie spodziewałam się, że jeszcze będzie możliwe.


Masz ochotę na więcej o serialu Cień i Kość? Posłuchaj mojej i Asi rozmowy na ten temat :)