Advertisement

Main Ad

Pieniądze są naszym Bogiem, czyli dylogia Szóstki Wron

Wszyscy już usiedli do oglądania Shadow and Bone? Dobrze. U mnie dziś jednak nie o serialu, a o kolejnych książkach, z których bohaterowie się w nim pojawiają. W końcu, czy jest lepszy dzień, od Międzynarodowego Dnia Książki, by napisać o Szóstce Wron i Królestwie Kanciarzy? Nie sądzę 😊

Serialu od Netflixa jeszcze nie widziałam, więc choć domyślam się, jak Wrony zostaną do niego dodane, to dziś będzie zupełnie nie o tym. Recenzja serialu pojawi się tu po weekendzie, żebyśmy wszyscy mogli obejrzeć go w swoim tempie. Wróćmy więc do książek 😊

Dylogia opowiada o szajce przestępców, należących do większego gangu, jakim są Wrony. Nie koncentrujemy się jednak na działaniach całego gangu, ale jego niewielkiego sześcioosobowego zespołu, który staje przed możliwością wykonania skoku życia. Ten skok, pieniądze i sława, jakie będą za nim szły, mają odmienić ich życie. A przy okazji, wywrócić do góry nogami całą politykę międzynarodową, ale to akurat nie jest zmartwienie samych Wron. Dostajemy więc fabułę, niczym z heist movie, ale tych z najlepszych i najbardziej wciągających. Bo w przeciwieństwie do trylogii Griszy, dylogia zaczyna się powoli. Ale gdy już nabierze tempa, nie pozwala nam odetchnąć.

Kolejnym ważnym punktem jest też to, że nie znajdujemy się już w Ravce, a w Katterdamie. Państwie na wyspie, którym rządzi tylko pieniądz i to dosłownie, bo nawet religia czci dobry biznes. Tutaj Griszowie nie mają już łatwo. Wszystko dzieje się po wydarzeniach z trylogii, więc nie dość, że dla tutejszych mieszkańców wojna domowa w Ravce, to były tylko odległe doniesienia (i dam sobie rękę uciąć, że próbowano na tym zarobić), to już dawno nikt się nie przejmuje ani Aliną, ani Zmroczem.

Uważam więc, że spokojnie można się za dylogię Szóstki zabrać bez znajomości trylogii Griszy lub wtedy, gdy jeżeli nie spodobał się nam styl autorki w Cieniu i Kości. Bo choć sama dylogia miejscami nawiązuje do wcześniejszych wydarzeń, czy też wrzuca nam jakiegoś bohatera, to moim zdaniem i tak można się doskonale bawić bez tej wiedzy. A później np. wrócić do wcześniejszych wydarzeń.

Ale dlaczego niby mielibyście łapać się za kolejne książki Bardugo, skoro Grisza wam nie podeszła? Bo Bardugo jest doskonałym przykładem na to, jak rozwija się warsztat pisarski. Już przeskok pomiędzy pierwszym a trzecim tomem trylogii był olbrzymi, a Szóstka Wron jest napisana już tak wyćwiczonym i sprawnym językiem, jakby wyszła spod pióra kogoś innego. I z jednej strony jest to niezwykle fascynujące, obserwować jak Bardugo się rozwija, a z drugiej, daje dużą dozę pocieszenia dla każdego, kto pisze. I potwierdza jedno: aby umieć pisać, trzeba… pisać.

Nie ukrywam, że po przeczytaniu tej dylogii, dużo bardziej cieszy mnie obecność w serialu jej bohaterów, niż samego Zmrocza. Co przed przeczytaniem tych książek i wiedzy, że Zmrocza gra Ben Barnes, wydawało mi się NIEMOŻLIWE. A jednak. Dlaczego?

Bardugo zupełnie inaczej podeszła po pisania tych książek. Nie dostajemy tutaj narracji z punktu widzenia jednego bohatera, a każdy dostaje swoje własne rozdziały. Obserwujemy więc wydarzenia z różnych perspektyw. Tajemniczy Kaz Brekker, który dla innych jest człowiekiem pozbawionym litości i lęków. Inej Ghafa, dziewczyna tak zwinna, że wydaje się być jednością z powietrzem i kpić z grawitacji. Nina Zernik, grisza płacąca za swoje liczne błędy. Matthias Helvar, tracący grunt pod nogami i muszący przewartościować całe swoje życie. Wylan, który wydaje się zbyt delikatny na przestępczy świat. I Jesper Fahey, strzelec wyborowy, ścigany przez własne słabości.

Nie napiszę o nich nic więcej, bo każda kolejna informacja może zepsuć Wam lekturę (lub sam serial). Ale Bardugo zrobiła z nimi to, co moim zdaniem nie udało się do końca w trylogii – zbudowała ich charakterologicznie od początku do końca. Ich działania są spójne i logiczne, wynikają z bieżących przeżyć, z przeszłości, z tego, skąd pochodzą. To, co o Zmroczu, Malu, czy Genya’i dowiadywaliśmy się z opowiadań dodanych na końcu każdej z książek w Trylogii, tu mamy podane w rozdziałach. Nie trzeba niczego dodawać, dopowiadać. Tu wszystko jest w środku.

I największe wrażenie zrobiły na mnie właśnie te powroty to przeszłości. Bo przejścia pomiędzy wydarzeniami tu i teraz, a wspomnieniami były niezwykle płynne, nierozdzielane żadnymi akapitami, czy wyróżnieniami. A równocześnie, doskonale wiemy, co się dzieje, co jest wspomnieniem, co jest rzeczywistością. Nie da się w fabule zgubić. Nie przypominam sobie, kiedy (i czy kiedyś) czytałam tak sprawnie poprowadzoną narrację, jeżeli chodzi o mieszanie właśnie teraźniejszości z przeszłością. Może za mało książek przeczytałam. A może Bardugo jest po prostu doskonała.

Równocześnie, wszystko inne, co do tej pory wychodziło jej sprawnie, wskoczyło na jeszcze wyższy poziom. Dialogi są jeszcze sprawniejsze i inteligentne (a kto kiedykolwiek pisał dialogi, wie, że jest to ciężki kawałek chleba). Opisy akcji są zwarte, szybkie, a równocześnie doskonale wiemy, co się dzieje. Bardzo nie lubię, gdy nagle gubię się w czytaniu, nie rozumiem, co autor chciał mi przekazać, co bohaterowie robią i jakim cudem ma to taki wynik. U Bardugo ani razu nie miałam tego problemu. Gdy wracałam do opisów, to tylko po to, by się nimi zachwycić.

Jest to także kolejna cegiełka w Grishavers. To jest dokładnie to, czego brakuje mi w obecnych próbach rozwijania świata Harry’ego Pottera. Ja chcę poznać ten świat bardziej, chcę zobaczyć go z innej perspektywy. I Bardugo dostarcza taką możliwość. Wrzuca nas w zupełnie inne części mapy, pokazuje nam kultury i wierzenia, o których wcześniej tylko gdzieś słyszeliśmy i to z perspektywy Aliny. Zakreśla kolejne ruchy na politycznej mapie tego świata.

Czy można wiernego czytelnika wynagrodzić lepiej? Nie sądzę.

Przyznam szczerze, że jak bardzo lubię Trylogię, jak ta dylogia jeszcze bardziej ukradła moje serce. Co prawda nie ma w niej emocjonujących trójkątów miłosnych (co nie znaczy, że nie ma romansów w ogóle), ale jest dla mnie bardziej dojrzała, napisana w 100% w tonie, który uwielbiam.

Nie znaczy to jednak, że nie mam żadnych zastrzeżeń. Bo mam jedno. Bohaterowie są zdecydowanie za młodzi. Przedstawieni są jako 15-17 latkowie, a zachowują się, myślą i działają jak osoby, którym zdecydowanie bliżej do 25 lat. Przy Inej mogłabym się zgodzić na 19, ale nie mniej. Kaz z kolei jak nic pasuje bardziej na 27 lat.

I zastanawiam się, dlaczego autorka nie zdecydowała się napisać ich starszych, tym bardziej że sama dylogia jest brutalniejsza i zdecydowanie bardziej pasuje do czytelnika dorosłego – sama ustawiłabym ją w gatunku New Adult, niż Young Adult. Z jednej strony rozumiem, że zapewne chciała, by stali czytelnicy dostali wiekowo bohaterów, których oczekiwali. Z drugiej, wydanie trylogii a dylogii dzieli kilka lat, czytelnicy też podrośli.

Razi mnie to, bo fabuła naprawdę jest dojrzalsza. Dlatego podczas czytania całkowicie wyłączyłam się na wiek bohaterów i miałam przed oczami dwudziestokilkulatków (może dlatego tak dobrze pasują mi aktorzy serialowi?). Bo przy nastolatkach za bardzo zakrywałabym oczy z przerażania, myśląc, co tym dzieciom się dzieje. A dzieje się dużo, dużo złego.

Jeżeli szukacie czegoś świeżego, czegoś, co porwie Waszą wyobraźnię – nadal gorąco polecam Bardugo. Zarówno Trylogię, jak i dylogię Wron. Przyznam szczerze, że już nie tyle wielbię sam świat, co także autorkę. A od odkrycia Sandersona kilka dobrych lat temu, nie czułam aż takiej ekscytacji na żadne inne nazwisko.

Udanego Międzynarodowego Dnia Książki! Który przypadkiem jest też dniem premiery serialu Cień i Kość. Więc… miłego maratonu 😉 Który mam nadzieję, zachęci Was do zanurzenia się w tym świecie i sięgnięcia po książki 😊

Prześlij komentarz

0 Komentarze