Jaki był 2014 rok?

Długo zastanawiałam się jak ugryźć ten post. Tylko ze strony popkultury? Tylko blogowej? A może prywatnej? Koniec końców, znajdziecie tu ws...

Długo zastanawiałam się jak ugryźć ten post. Tylko ze strony popkultury? Tylko blogowej? A może prywatnej? Koniec końców, znajdziecie tu wszystko. Wpis skrajnie subiektywny i egocentryczny, ale takie prawo podsumowań.

2014 popkulturalnie


Jeżeli myślę o początku roku, to w głowie mam najpopularniejsze tegoroczne selfie, które na moment całkowicie rozwaliło Twittera. Akcja z góry ustawiona (chyba nikt nie myśli, że cokolwiek na Oscarach jest przypadkowe), ale sama Ellen martwiąca się za kulisami, czy aktorzy zechcą zrobić sobie wspólne zdjęcie, i ci ostatni bijący się o miejsce w kadrze, za każdym razem wywołują uśmiech na mojej twarzy. W 2015 roku Oscary prowadzić będzie Neil Patrick Harris, więc mam nadzieję, że w przyszłorocznym podsumowaniu również napiszę, że początek roku kojarzy mi się z Oscarami. A kto widział Neila jako prowadzącego, wie, że są na to duże nadzieje.



2014 obfitował również w mokre podkoszulki, a najbardziej oczekiwanym mokrym podkoszulkiem okazał się Benedict Cumberbatch (choć może to ja obracam się w takim środowisku). I nie zawiódł, choć kazał na siebie niesamowicie długo czekać. Co na nim samym zemściło się niesamowicie dużą ilością wyzwań.



Moimi serialowymi odkryciami tego roku, są zdecydowanie Doktor Who, SuitsGotham oraz Forever. Przy czym te trzy ostatnie są serialami zupełnie przeze mnie nie planowanymi, tym większe było moje zaskoczenie i radość. Za Doktora brałam się niesamowicie długo, ale jak już się za niego wzięłam, tak przepadłam już po pierwszym odcinku (przy czym w moim przypadku należy rozumieć pierwszy odcinek 5 serii). Teraz więc nie buduję tylko miecza świetlnego, ale i TARDIS.



Co do mieczy świetlnych! Chyba dawno nic nie wywołało takich emocji, jak pierwszy zwiastun Gwiezdnych Wojen. Moment, w którym cała moja Facebookowa tablica została dosłownie zalana informacjami, że zwiastun już jest (dostałam nawet smsa, że w końcu go udostępnili), był prawdziwą pieśnią dla mojej fanowskiej duszy. Mało jaki film jest tak wyczekiwany, dostarcza tylu emocji, dyskusji i kłótni.



2014 rok był również moich apogeum fangirlingu na brytyjskich aktorów, szczególnie jednego. Chciałabym powiedzieć, że powoli mi przechodzi, ale raczej z fascynacji tylko Tomem Hiddlestonem rozprzestrzenia się na fascynację każdym, kto mówi z ekranu z brytyjskim akcentem. Nie pomógł mi też Serialkon, pierwszy konwent na który się w życiu wybrałam, gdzie Zwierz poprowadził cały osobny panel na temat brytyjskich telewizji. Inna sprawa, że możliwość posłuchania na żywo Zwierza (i wręczenia mu żelek, a co!), Myszy, czy Pawła Opydo, była naprawdę fajną rzeczą i mam nadzieję, na powtórkę w 2015 roku.


Filmami, które w tym roku totalnie mnie rozłożyły, byli Bogowie - którzy pokazali, że jak polskie kino chce, to potrafi - Only Lovers Left Alive oraz Unrelated. Dwa ostatnie obejrzałam ze względu na aktora w nich grającego (tak, Toma, kogóż by innego), a zostałam z dwoma cudownymi filmami, do których z przyjemnością będę wracać. Swoją drogą, oglądanie filmu, czy spektaklu przez aktora tam grającego, okazało się w tym roku niezwykle przydatne. Przez Benedicta udałam się na Frankensteina, a wyszłam ze spektaklem, który będę wspominać do końca życia i obietnicą, że to nie jest ostatni spektakl NT Live, jaki obejrzę (przy okazji, recenzja tego spektaklu, jest najlepszą, jaką kiedykolwiek napisałam). Jeżeli zastanawiacie się, jaki jest dobry sposób na nadrabianie filmów i seriali, to śledzenie karier swoich ulubieńców jest jednym z lepszych.
Nie mogłabym także pominąć Pana Lodowego Ogrodu, który dołączył do grona najlepszych powieści, jakie czytałam. A ciężko się do niego dostać, bo trzeba być godnym stania obok Wiedźmina.

2014 blogowo


Jesteście tu jeszcze? Tak? Podziwiam wytrwałość, naprawdę. 2014 rok był prawdziwą rewolucją, porzuciłam wcześniejsze miejsce w sieci i przeniosłam się tutaj. I choć gromy we mnie rzucano, zapowiadano, że strzelam sobie w kolano i jeszcze tego pożałuję - już wiem, że to była najlepsza decyzja. Odejście od tematyki typowo książkowej, a otworzenie się na popkulturę, zostawiając sobie również miejsce na przestrzeń zupełnie z popkulturą nie związaną, jak wpisy motywacyjne, przemyślenia, czy trochę prywaty, sprawiło, że znów pokochałam blogować i nie czuję nad głową niemiłego przymusu.
Z przypadku, wzięłam też udział w swojej pierwszej blogowej burzy, poznając na własnej skórze jak to jest być pod ostrzałem. Choć oberwało mi się zdecydowanie mniej niż mojej wspólniczce w zbrodni, przez jakiś czas przestałam sprawdzać, skąd ludzie do mnie przychodzą i dla własnego dobra, nie czytać wpisów, w których jestem wymieniana. Dowiedziałam się także, jak wielką prawdą jest, że najbardziej wypowiadają się ci, których tam nie było. Swoich słów nie odwołuję, bo jestem dziwna i chcę by cała blogosfera dążyła do rozwoju, a nie stała w miejscu.
Ten rok obfitował także w odnowienie blogerskich znajomości oraz poznanie całkiem nowych osób. I wszystkie, co do jednej utwierdziły mnie w przekonaniu, że blogerzy to wspaniali ludzi, z którymi gada się bez przerwy, jakby się znało sto lat.
Z tego miejsca dziękuję również za wszystkie polecenia wpisów, które znajdowałam dość regularnie w sieci. Mam nadzieję, że w przyszłym roku również napiszę coś godnego posłania dalej.

2014 prywatnie


Prywatnie jest to dla mnie dość przełomowy rok. Przeprowadziłam się do Krakowa, nie dlatego, że musiałam, ale dlatego, że chciałam zamieszkać z Lubym. Obroniłam tytuł magistra (choć jak patrzę na to, co się działo w okolicach obrony, naprawdę się dziwię, że udało mi się uniknąć przeniesienia wszystkiego na przyszły rok). Przypomniałam sobie także, że całe życia potrafi się dosłownie zmienić w jeden dzień, a jedyne co pozostaje człowiekowi, to rzucenie się w wir wydarzeń i krótkie pytanie: What the hell happened here? Utwierdziłam się też w przekonaniu, że nie warto tkwić w miejscu, którego się nie lubi i że czasem po prostu trzeba zaryzykować.

Jakie plany na 2015?


Nie robię listy postanowień noworocznych, bo ta się u mnie nie sprawdza. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, jest kilka projektów, które powoli wchodzą w stan realizacji, ale czy są możliwe już 2015 roku? Tego nie wiem. Najbliższy plan jest taki, że na blogu zmienia się szablon. Jeszcze nie wiem, czy zobaczycie go już jutro, czy dopiero 2-3 stycznia, bo jest jedna rzecz, z którą muszę się uporać. Wiem także, w jaką stronę chcę dążyć w blogowym rozwoju. Zabawne, jak świadomość tego, czego się nie chce robić, ułatwia znalezienie tego, co bardzo chce się wprowadzić w życie.

I tego Wam właśnie życzę...

Żebyście w 2015 roku odnaleźli coś, co kochacie robić, albo przeciwnie, coś od czego musicie trzymać się z daleka. W końcu każda lekcja, jest tą cenną. Żebyście przeżyli wiele popkulturalnych uniesień, a jak najmniej rozczarowań. I przede wszystkim, żebyście byli sobą. Bo w tym szalonym świecie łatwo się dowiedzieć, jak być kimś innym. Nie bądźcie nikim innym. Uwielbiam Was takimi, jacy jesteście. 



Przeczytaj też:

Disqus bywa marudny, szczególnie na Operze i Mozilli, więc jeżeli się nie załadował, ani nawet nie pokazał, spróbuj odświeżyć stronę. Powinno zadziałać.

0 komentarze