Advertisement

Main Ad

Święta jak malowane, czyli mit highschool sweetheart ciągle żywy

 Zacznijmy od tego, że Christmas Wonderland, nie jest złym filmem świątecznym. Ma wszystko, co potrzebuje taki film: zakochaną parę, odkrycie, co w życiu jest najważniejsze, rodzinne więzy i małe miasteczko.

Ba, idzie nawet o krok dalej, bo ma nawet szkolny bal. I dokładnie w tym leży cały problem, jaki z nim mam. Ale po kolei.

Główna bohaterka Heidi pracuje w Nowym Jorku jako kuratorka galerii sztuki. Odpowiada za wszystko, od odpowiedniego wystawienia obrazów, po organizowanie przyjęć i sprzedaży. Oczywiście, nie jest tam szefową, a asystentką. Pracę w galerii podjęła, mając nadzieję na dużą karierę malarską. Niestety, szefowa bardziej ceni jej zdolności organizatorskie, niż malarskie.

Do rodzinnego miasteczka rzuca Heidi przypadek: siostra z mężem muszą wyjechać na jakąś ważną służbową imprezę i nie mają z kim zostawić dzieci. Dziewczyna się zgadza, tym bardziej że tęskni za swoimi siostrzenicą i siostrzeńcem.

I ten wątek jest naprawdę fajny. Heidi jest super-ciocią, która średnio gotuje, ale za to z chęcią zamówi pizzę, pomoże przy nauce piosenki i wesprze podczas próby umówienia się z dziewczyną na bal. No i same dzieciaki: Tom i Katie są napisane bardzo dobrze. Jak normalne dzieci. Co nie jest takie oczywiste: w filmach dzieci są często kreowane albo na bardzo nieznośne, albo na super dojrzałe, wręcz kierujące dorosłych w tym, co mają robić i czuć. Tu dostajemy dwójkę normalnych, sympatycznych dzieciaków i lubimy ich od pierwszej sekundy pojawienia się na ekranie.

Mamy też drugi wątek. Licealnej miłości Heidi. W liceum chodziła z cudownym Chrisem, z którym rozstała się pod koniec szkoły. Oczywiście, on od tamtego czasu ma złamane serce, a ona rzuciła się w pogoń za marzeniami, też nikogo nie mając.

I tu cały na biało wkracza mit highschool sweetheart. Jest on zdecydowanie silniejszy w USA, niż w Polsce, choć i u nas zdarza się gloryfikować licealne miłości. W Stanach jednak wywodzi się z czegoś, co u nas nie jest aż tak odczuwalne. Dzieciaki po liceum rozjeżdżają się po naprawdę dużym kraju. Niektórym się nie udaje i zostają w swoich miasteczkach, a inni lądują w bardzo odległych miejscach. Dodajmy do tego, że najlepsze studia to płatne studia i już niewiele kasy zostaje, żeby móc się widywać. Już nie wspominając o znalezieniu na to czasu.

Dlatego w USA bardzo gloryfikuje się w popkulturze ten mit, prawdziwej licealnej miłości, która się udała i przetrwała. Czego nie znoszę. Bo nie tylko wtłacza się go młodym osobom do głowy w USA, ale i na całym świecie, a wiele krajów zwyczajnie nie ma takiego problemu. Za to mamy rzesze nastolatek/ów przekonanych, że to jakaś porażka nie mieć chłopaka od liceum i łamiących sobie głowy nad problemem, którym nie powinny się nigdy przejmować.

Nie ma czegoś takiego jak data przydatności na związek, a pierwsza miłość w niewielu przypadkach jest tym najlepszym wyborem.

Święta jak malowane umieszczają naszych bohaterów w środowisku, w którym dawno temu się w sobie zakochali. Trudno więc, żeby emocje nie odżyły na nowo. Mam jednak problem, gdy po kilku dniach spędzonych razem (w filmie mija maksymalnie tydzień), wyznają sobie miłość, a Heidi rzuca pracę i pojawiające się możliwości. Nie dlatego, że wybór pracy i kariery jest lepszy, ale dlatego, że oni nie utrzymywali ze sobą kontaktu przez lata. Przez całe studia, ani po nich, ani razu ze sobą nie porozmawiali. Zakochują się ponownie więc nie w sobie, jako dorosłych z doświadczeniami i oczekiwaniami, a w przekonaniu, że są nadal nastoletnimi wersjami siebie. Bo dokładnie te wersje kochają.

Nie wiem jak u was, ale gdyby ktoś kochał nastoletnią wersję mnie i myślał, że jestem nią nadal, to bardzo by się zdziwił.

Przyznam, że gdyby nie to wyznanie miłości i rzucenie pracy, miałabym w stosunku do tego filmu dużo cieplejsze uczucia. Wystarczyło zamiast drogocennych wyznań, sprawić, by nasi bohaterowie postanowili spróbować raz jeszcze. Tyle. Więcej nie potrzebujemy do słodkiego zakończenia.

A jeżeli mam być szczera, to dużo bardziej charyzmatyczny, zabawny i przystojny, był przyjaciel głównego bohatera, Matt. I żałuję, że aktorów nie obsadzono w odwrotnych rolach, bo grający Matta, Jake Stormoen, do każdej krótkiej sceny ze swoim udziałem wnosił dużo fajnej energii.

Czy odradzam oglądanie? Nie. Christmas Wonderland jest sympatycznym filmem, dużo lepszym niż druga część Zamiany z Księżniczką i zdecydowanie lepiej zagranym od super drętwych Świąt na zamówienie. Więc jeżeli nie macie – jak ja – problemu z wątkiem highschool sweetheart, będziecie się na nim całkiem dobrze bawić.